The Best of 2015

Najradośniejszym momentem każdego podsumowania roku w muzyce jest dla mnie nie zachwyt tym, co przyszło nam przesłuchać lub zobaczyć w minionych miesiącach, ale przekonanie, że w nadchodzącym roku światło dzienne ujrzą kolejne fantastyczne krążki, przy których będzie można przenieść się do innej rzeczywistości. Faktem jest, że od początku prowadzenia przeze mnie list najlepszych albumów (czyli od 2006), nie było ani jednego roku, kiedy mógłbym powiedzieć, że nie ukazała się ani jedna płyta warta owacji na stojąco. Być może nie powracamy do tych krążków już tak często, może były tylko chwilowym urozmaiceniem muzycznego świata, ale na pewno wniosły dużo do naszego, a przynajmniej mojego, artystycznego rozwoju. Do zestawienia 25 najlepszych albumów 2015 roku podchodzę więc nie z nostalgią, ale z nadzieją na wszystkie wrażenia, które czekają muzykę w 2016 roku.

Jak co roku, chciałem na wstępie zaznaczyć, że stwierdzenie “najlepsze” jest w zasadzie nie na miejscu. Nie ma albumu “gorszego” albo “lepszego” – są te mniej i bardziej ciekawe, mając na uwadze moją niesamowicie subiektywną ocenę. Zawsze wybierałem płyty, które sprawiały mi największą przyjemność ze słuchania. Cóż z tego, że krytycy z całego świata się zachwycają; cóż z tego, że album zgarnia dziesiątki nagród, a dochody ze sprzedaży biją kolejne rekordy. To nie jest ważne, kiedy po prostu nie odczuwam przyjemności ze słuchania kolejnych utworów, a płyta nie sprawia wrażenia dzieła sztuki. Można więc się domyślić, że na mojej liście nie obędzie się bez “wielkich” nieobecnych, co robię z pełną świadomością. Podobnie jak w podsumowaniu 2014 roku ograniczyłem się także do 25 płyt – nie widzę sensu w wypisywaniu 100 albumów, bo: a) zapewne nikt by się nie przebił przez taką ilość tekstu; b) nie mam niestety czasu na stworzenie takiego rankingu; c) najważniejsze – jak ocenić czy płyta x zasługuje na 87, a nie na 73 miejsce…? Mając do dyspozycji 25 albumów, hierarchię można jeszcze jakoś kontrolować – przy większej ilości dzieł nie ma to najmniejszego sensu.

Tak jak już pisałem, ten rok był równie hojny co poprzednie i obdarował nas wieloma wspaniałymi płytami. Zeszłoroczne perły Sharon Van Etten, Swans, czy St. Vincent mają godnych następców.

25. Vince Staples – Summertime ’06

To zdecydowanie nie jest album dla wszystkich. Ascetyczny, mroczny i niesamowicie introwertyczny. Oklaski należą się za pomysł na całość dzieła, bardzo zgrabnie prowadzoną narrację i, jeszcze raz, za koncept. Podwójny debiutancki album młodziutkiego Staplesa to prawdziwa kopalnia pomysłów i znakomitych rozwiązań producenckich. Wykorzystanie “Nie jesteś moja” Czesława Niemena w “Jump Off the Roof” to jeden z najlepszych sampli tego roku – genialnie dopasowany, świetnie zastosowany w kontekście tekstu utworu. Jedyny minus płyty to jego ciężkostrawność, która na dłuższą metę bardzo męczy i sprawia, że nie byłem w stanie za jednym zamachem wysłuchać albumu od początku do końca.

Warto posłuchać: “Lift Me Up”, “Jump Off the Roof”, “Surf”

 

24. Grimes – Art Angels

Przyznaję, że podchodziłem do przesłuchania tej płyty z ogromnym uprzedzeniem. Strasznie denerwował mnie hype towarzyszący kanadyjskiej wokalistce. Po pierwszym przesłuchaniu byłem jeszcze bardziej sceptyczny, a ocena zmieniła się dopiero po kilkukrotnym przebrnięciu przez cały materiał. W moim odczuciu “Art Angels” brzmi jak kompilacja znakomitych, ale bardzo podobnych do siebie utworów. W dalszym ciągu mam ogromne problemy z odróżnieniem kompozycji, nie mówiąc już o zapamiętaniu tytułów. Gdyby nie to, że kilka utworów zasługuje tu na owacje na stojąco, to zapewne płyta ta w ogóle nie znalazłaby się na mojej liście. Rozumiem, że można się zachwycać nad “Art Angels”, do mnie jakoś wybitnie nie przemówiła, ale doceniam wyżyny artystyczne, na które Grimes momentami się tutaj wspina.

 

Warto posłuchać: “Flesh Without Blood”, “Belly of the Beat”, “Venus Fly”

23. Baroness – Purple

Kolejny “kolorowy” album Baroness to spora dawka znakomitej muzyki. Jestem świadomy, że bardzo często z metalem ma to mało wspólnego, ale melodiami i progresjami akordowymi panowie żonglują znakomicie. “Purple” może i nie dorównuje poziomem do “Blue”, ale jest znakomitą kontynuacją dla “Yellow & Green” sprzed trzech lat. Styl Baroness jest bardzo specyficzny, więc nie wszystkim podejdzie do gustu, ale na pewno warto go przesłuchać – polecam zwłaszcza osobom, które z klimatami metalu są mniej zaznajomione albo bardziej otwarte na zdradę gatunku z bardziej ugładzonymi brzmieniami. Mi ta estetyka strasznie odpowiada już od ich debiutanckiego krążka. “Purple” udowadnia, że Baroness nie bez przyczyny są wciąż w czołówce światowego metalu z kręgu sludge metalu, a jak dla mnie też NWoAHM.

 

Warto posłuchać: “Morningstar”, “Chlorine & Wine”, “If I Have to Wake Up (Would You Stop the Rain?)”


22. The Lone Bellow – Then Came The Morning

Debiutancki album The Lone Bellow był przefantastyczny. Do dzisiaj znam większość tekstów na pamięć, a zobaczenie ich na żywo tej wiosny było dla mnie ogromnym przeżyciem. Nic dziwnego, że strasznie czekałem na ich drugi krążek. “Then Came The Morning” nie dorównuje niestety debiutowi, ale znajdziecie tam kilka fantastycznych utworów. Cały czas jest świetny klimat nowojorskiego country z fenomenalnymi wokalami i melodiami, które nuciłem już po pierwszym przesłuchaniu. Jestem świadomy, że płyta ta nie jest szczytem artystycznych osiągnięć muzyki country, ale przyjemność i emocje (mimo to, że czasami proste i niewysublimowane) płynące z tych dźwięków są dla mnie niesamowicie satysfakcjonujące.

 

Warto posłuchać: “Then Came The Morning”, “Fake Roses”, “Watch Over Us”

 

21. Destroyer – Poison Season

Album wypieszczony, przemyślany i świetnie wyprodukowany. Przyznaję, przekonanie się do tej płyty zajęło mi kilka podejść, ale nie żałuję, że nie ustąpiłem. Pomysł Bejara na całość jest tu bardzo dobrze zrealizowany, brzmienia zróżnicowane bez uszczerbku na spójności dzieła. Dużo zależy od tego czy ktoś woli wcześniejsze dokonania Destroyera, czy nowsze – osobiście preferuję drugą opcję. “Kaputt” był krążkiem bardzo solidnym, z lepszymi i gorszymi momentami, ale bardzo fajną atmosfera. Podobnie jest tutaj, a może nawet jeszcze bardziej – album jest strasznie nierówny, ale bardzo zadowalający.

 

Warto posłuchać: “Forces From Above”, “The River”, “Times Square”

 

20. Father John Misty – I Love You, Honeybear

Album potężny w swojej klasie i sile oddziaływania na słuchacza. Bardzo amerykańskie brzmienie, pełne wszelakiego rodzaju instrumentarium, tysiącami nakładających się ścieżek i bardzo przemyślanymi kompozycjami, które powoduje, że “I Love You, Honeybear” robi ogromne wrażenie. Mnie jednak momentami to troszkę przytłoczyło, powodując, że zacząłem się zastanawiać czy nie mamy tutaj przerostu formy nad treścią, która tłumi potencjał znakomitych kompozycji. Nie można jednak zaprzeczyć, że utwory są tu genialnie napisane, pieczołowicie wyprodukowane, a wszystko wyszlifowane do perfekcji. Nie można odmówić Tillmanowi ogromnego talentu, co tylko napawa optymizmem przed jego następnymi dokonaniami.

 

Warto posłuchać: “I Love You, Honeybear”, “When You’re Smiling and Astride Me”

 

 

19. Chvrches – Every Open Eye

 

Tak, podoba mi się ta płyta, bardzo. Mówcie co chcecie, ale pomijając syntezatorowe brzmienia, dreampopowy klimat i dziecięcy wokal Lauren Mayberry, to Chvrches serwują tutaj porządną dawkę znakomitych kompozycji. Po obiecującej, ale niestety strasznie nierównej debiutanckiej płycie, “Every Open Eye” wydaje się albumem poważnym i zrobionym z rozmachem. Nastolatkowy klimat, który przywołuje obrazy licealnych dzieci bogatych rodziców tańczących na drogich festiwalach jest nie do zaprzeczenia, ale co z tego. Każdy potrzebuje guilty pleasure, w tym roku moim jest Chvrches. Płyta jest znakomita, w sam raz na przystawkę do przyszłorocznego, nowego albumu M83.

Warto posłuchać: “Leave A Trace”, “Keep You On My Side”, “Afterglow”

18. James McMurtry – Complicated Game

Już po kilkunastu minutach spędzonych na słuchaniu “Complicated Game” bez najmniejszych wątpliwości można stwierdzić, że ma się do czynienia z doświadczonym i znakomitym kompozytorem. Brzmienie albumu jest zawieszone gdzieś między Harperem, Youngiem, a Dylanem, gdzie fantastyczna produkcja sprawia, że słuchanie go to czysta przyjemność. Jasne, jest troszkę powtarzalny, ale jeśli ktoś lubi stary, prosty folk rock na granicy z alt country, to znalazł właśnie idealny krążek, zwłaszcza na długie, zimowe wieczory.

 

Warto posłuchać: “Copper Canteen”, “You Got Me”, “How I’m Gonna Find You Now”

17. The Decemberists – What A Terrible World, What a Beautiful World

Kolejny przykład na to, że nie ma potrzeby na niesamowicie skomplikowane kompozycje, jeśli można stworzyć proste, przebojowe i zgrabnie zaaranżowane piosenki. “What a Terrible World…” słucha się świetnie od pierwszej do ostatniej minuty, podśpiewując co chwilę. Nigdy wielkim fanem The Decemberists nie byłem, ale tej płycie, ku mojemu zaskoczeniu, poświęciłem bardzo dużo czasu w tym roku, nie by się do niej przekonać, ale by umilać sobie czas, kiedy nie miałem ochoty na odkrywanie nowych krążków. Zdecydowanie jedna z moich ulubionych albumów tego zespołu, do którego będę często wracać, mimo, że nie jest w czołówce tego podsumowania.

 

Warto posłuchać: “The Singer Addresses His Audience”, “Cavalry Captain”, “Make You Better”

16. Natalie Prass – Natalie Prass

Album ten ma ogromny urok w sobie. Natalie Prass potrafi zaczarować fantastycznymi melodiami i aranżacjami, a produkcja Matthew E. White’a nadaje całości zgrabnej formy. To ostatnie nazwisko powinno być w zasadzie głównym punktem odniesienia dla tej płyty. Nie chodzi tu tylko o produkcję, czy tą samą wytwórnię płytową, ale o klimat, który jest dość zbliżone do “Big Inner”. Jeśli więc komuś się spodobał debiutancki album White’a, to na pewno “Natalie Prass” jest właściwą płytą. Ciepłe, wygładzone, rozbudowane brzmienie współgra tu fantastycznie z delikatnym głosem Prass, tworząc bardzo przyjemną indie/chamber popową mieszankę.

 

Warto posłuchać: “My Baby Don’t Understand Me”, “Why Don’t You Believe in Me”

15. Lin-Manuel Miranda – Hamilton

Nie bez przyczyny ścieżka dźwiękowa musicalu bardzo często zajmowała bardzo wysokie w podsumowaniach najlepszych płyt roku. To, co tu zrobił Lin-Manuel Miranda to robota geniusza. Historia Alexandra Hamiltona jest podstawą tej płyty, ale sama (świetna!) fabuła nie stworzy fantastycznego dzieła muzycznego, a płyta “Hamilton” taką jest bez żadnego wątpienia. Estetyka musicali jest specyficzna, wiadomo, ale kompozycje tu zawarte bronią się same. Piosenki szybko wchodzą do głowy (i nie mogą z niej wyjść!), a znakomicie i pomysłowo prowadzona narracja wzmacnia przekaz. “Hamilton” ma wszystko, co potrzeba dobremu musicalowi.

 

Warto posłuchać: “Alexander Hamilton”, “My Shot”, “Washington On Your Side”

14. Jason Isbell – Something More Than Free

Zdecydowanie najlepsza płyta Jason Isbella w jego solowej karierze. Były członek Drive-By Truckers już od dawna przykuwał moją uwagę, zwłaszcza przez udział w swoim macierzystym zespole. Poprzedni album, “Southeastern”, był już bardzo dobrą próbką jego solowych możliwości, ale dopiero na “Something More Than Free” pokazał na co go stać. Być może najlepszy krążek z pogranicza americany, alt-country i folk rocka w tym roku. Świetne, typowo amerykańskie tradycyjne, akustyczne (z pewnymi wyjątkami) gitarowe granie.

 

Warto posłuchać: “If It Takes A Lifetime”, “Children of Children”, “Something More Than Free”

13. Bjork – Vulnicura

Do każdego kolejnego albumu Bjork podchodzę z duszą na ramieniu, bojąc się co tym razem ta szalona artystka wymyśliła. Bywa różnie. Tym razem nie było takiego zawodu jak z “Voltą”, ale zachwytu jak w przypadku “Biophilii” też próżno było szukać. “Vulnicura” to dla mnie duchowy następca “Homogenic”, gdzie aranżacje sekcji smyczkowych zajęły Bjork pewnie więcej czasu niż wszystko inne elementy tworzenia albumu. Jest pięknie, nie da się ukryć, momentami nawet najpiękniej od 1997 roku. Niestety im dalej w las, tym gorzej, ale kiedy słuchacz przekona się, żeby zanurzyć się w tej muzyce i odpłynąć, to bez wątpienia można liczyć na 58 minut wspaniałych, emocjonalnych podróży.

Warto posłuchać: “Stonemilker”, “Lionsong”, “Black Lake”

12. Deafheaven – New Bermuda

Skuszony genialnością “Sunbather” bardzo wyczekiwałem nowego albumu Amerykanów. Utwór “Brought to the Water” tylko wzmocnił mój apetyt i nie zawiodłem się. Muzycy poszli w nieco innym kierunku niż na poprzedniej płycie, co nie zmienia faktu, że “New Bermuda” jest wielkim dziełem. Nie ukrywam, że muzykę metalową znam pobieżnie, jestem więc świadomy, że prawdopodobnie w tym roku wydano o wiele więcej wartościowych płyt z tego kręgu. Mimo to, Deafheaven należą się ogromne brawa za bawienie się konwencją, momentami zdradzanie gatunku (za co im się już dużo oberwało), eksperymentowanie i wyjątkowe kompozycje. “New Bermuda” to lektura dla wytrwałych, ale bardzo satysfakcjonująca, która w mojej opinii może nawet przypaść do gustu osobom, które nie są fanami tych klimatów.

Warto posłuchać: “Brought to the Water”, “Come Back”

11. New Order – Music Complete

Absolutnie nie spodziewałem się, że ta płyta znajdzie się tak wysoko. Z przesłuchaniem czekałem kilka miesięcy, bo nie wierzyłem, że New Order po tylu latach nagra coś, co będzie mogło zachwycić. Moje zaskoczenie było ogromne, kiedy przebrnąłem przez całość materiału, mając wrażenie, że nie słucham nowej płyty, ale porządnej kompilacji największych przebojów. Jestem przekonany, że osoby niezaznajomione z twórczością Brytyjczyków właśnie tak mogą zareagować. Drażnić może brzmienie żywcem wyjęte z lat 80., z dziwnymi syntezatorami i zabiegami producenckimi, przypominającymi “POP” U2, Dr. Albana, czy Madonnę, ale kto by się tym przejmował. Ta estetyka pasuje tu idealnie, a efekt finalny jest porażający. Brawo dla panów, którzy mimo tak wielu sukcesów i statusu legendy potrafią stworzyć tak fantastyczny album.

Warto posłuchać: “Restless”, “Plastic”, “Tutti Frutti”

10. Kamasi Washington – The Epic

Z “The Epic” miałem podobny problem jak w przypadku “New Bermuda” Deafheaven i “Have One On Me” Joanny Newsom. Z jednej strony jestem przekonany, że muzyka jazzowa miała w tym roku o wiele więcej do zaoferowania niż tylko Kamasiego Washingtona, ale poprzez ogólny szum wokół jego osoby, jak również udziału w twórczości Kendricka Lamara nie mogłem się powstrzymać, przesłuchałem i zachwyciłem się. Z drugiej strony, tytuł “The Epic” znakomicie oddane charakter tego złożonego z 17 utworów, 173-minutowego kolosa. Tak jak w przypadku przedostatniej płyty Newsom, ciężko było przetrawić całość materiału, zwłaszcza jeśli chciało się to zrobić kilka razy. Ale warto, zdecydowanie. Na “The Epic” można przejechać się emocjonalnym rollercoasterem, granym w odmianie jazzu, która niesamowicie mi odpowiada. Ilość różnych tras tej kolejki może czasami przytłaczać, ale bez wątpienia ostatecznie robi piorunujące wrażenie.

Warto posłuchać: “Askim”, “The Rhythm Changes”, “The Magnificent 7”

9. Tame Impala – Currents

Trudno to wyjaśnić, ale słuchając tego albumu ma się wrażenie, że wszystko jest tu na swoim miejscu. Album jest świetnie dopasowany, płynny, spójny, przemyślany, znakomicie rozegrany i wyprodukowany. Bardzo ciężko jest się do czegokolwiek przyczepić. Na “Currents” Kevin Parker ujawnił swój talent w pełnej krasie,
udowadniając swoje artystyczne umiejętności i do czego jest zdolny. Album jest zdecydowanie inny od “Lonerism”, wydaje się, że dojrzalszy, poważniejszy, pozbawiony nostalgii i sentymentów, a w zamian wypełniony refleksją i introwertycznymi eskapadami. Dlatego bez wątpienia można mówić tu o ewolucji z zachowaniem wszystkich najlepszych cech Tame Impali. Mniej tu gitar, więcej syntezatorów, psychodelia pozostała. Tak samo jak wrażenie, że słucha się wielkiego dzieła.

Warto posłuchać: “Let It Happen”, “Yes, I’m Changing”, “The Less I Know The Better”

8. Courtney Barnett – Sometimes I Sit and Think, and Sometimes I Just Sit

Uwielbiam ten moment, kiedy pochodzę do albumu bez żadnych wcześniejszych oczekiwań i z każdą następną kompozycją na mojej twarzy pojawia się coraz większy uśmiech. Fantastycznie prosta i przebojowa płyta z świetnymi tekstami. Energia jest tu wszechobecna, głowa sama kiwa się do znakomitych piosenek. Po cichu
liczyłem na tego rodzaju płytę i doczekałem się. Przebojowość tego albumu jest ogromna, i to w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie ma tu nic nowego czy odkrywczego, ale co z tego. Wystarczy odpalić szalejącą Courtney na cały regulator i wspólnie zaśpiewać “I wanna go out, but I wanna stay home.” Nie zorientujecie się nawet, kiedy będziecie
znać większość utworów na pamięć, a album będzie leciał trzeci raz z rzędu

 

Warto posłuchać: “Pedestrian at Best”, “An Illustration of Loneliness (Sleepless in New York)”, “Nobody Cares If You Don’t Go to the Party”

7. Julia Holter – Have You In My Wilderness

Trzeba dać tej płycie bardzo, bardzo dużo czasu, ale kiedy w końcu dobrze zapoznacie się z całością materiału, to można dostrzec niesamowite piękno w każdym z utworów. Płyta Julii Holter jest świetnie napisana, skomponowana i zagrana. Pomysł goni pomysł, a wszystkie zrealizowane są z kunsztem ocierającym się o perfekcje. Każda kompozycja jest tu jak poemat, ciężko wskazać punkt kulminacyjny, czy najlepsze fragmenty – całość jest tak świetnie złożona, że praktycznie brak tu zapychaczy, czy momentów, które wydają się niepotrzebne. Przyznaję, że nie byłbym w stanie słuchać “Have You In My Wildrerness” codziennie, ale jako okazjonalne doświadczenie wielkiego dzieła – jak najbardziej.

 

Warto posłuchać: “Feel You”, “How Long?”, “Lucette Stranded on the Island”

6. Ashley Monroe – The Blade

Po fantastycznym “Like A Rose” Ashley Monroe udowodniła, że stać ją na jeszcze więcej. “The Blade” sprawia, że Amerykanka spokojnie może być uważana za jedną z najbardziej utalentowanych artystek country młodego pokolenia. Ależ ta płyta fantastycznie brzmi. W nieprawdopodobnie zgrabny sposób Monroe unowocześnia klasyczne zabiegi country, bez popadania w sztampowość i nijakość. Całego albumu słucha się z ogromną przyjemnością, a układ utworów sprawia, że nie ma powodów do zmęczenia materiałem. Nie bez znaczenia są teksty i umiejętności wokalne Monroe, które od początku kariery były jej najmocniejszą stroną. Teraz, gdy dodamy do tego jeszcze świetnie napisane kompozycje, to daje nam to świetny album country, który z całego serca polecam nie tylko fanom tego gatunku. Wystarczy się wyzbyć uprzedzeń co do tej muzyki i odkryć radość ze słuchania znakomitych piosenek, które brzmią tu perfekcyjnie.

 

Warto posłuchać: “On To Something Good”, “I Buried Your Love Alive”, “Bombshell”, “The Blade”

5. Sleater-Kinney – No Cities to Love

Zwykle jestem strasznie negatywnie nastawiony do tzw. “wielkich powrotów”, ale tym razem moje obawy się nie potwierdziły i ku mojemu bardzo pozytywnemu zaskoczeniu Sleater-Kinney nagrały niesamowity album. 10 piosenek wypełnionych energią, szaleństwem, rozmachem i doświadczeniem legend amerykańskiej muzyki. Jeden z najsłynniejszych składów nurtu riot grrrl nie stracił nic ze swojej dawnej formy, prezentując jeden z najlepszych płyt w swojej dyskografii. Album jest krótki, ma nieco ponad 32 minuty, ale w zasadzie nic więcej słuchaczowi nie potrzeba. Każda z kompozycji jest świetna, znakomicie wpasowana w całość, co sprawia, że już od samej premiery w styczniu, “No Cities to Love” było w czołówce mojego zestawienia. Najlepsza rockowa płyta roku, bez najmniejszych wątpliwości.

Warto posłuchać: “Fangless”, “Surface Envy”, “No Cities to Love”

4. Susanne Sundfor – Ten Love Songs

Bardzo przejmujący i rozkosznie popowy album w stylu lat 80. Tematykę płyty zdradza jej tytuł, ale nie ma co się zrażać na samym początku, oczekując sztampowego płakania w poduszkę. To na wskroś szczere i łamiące serce dzieło o rozmaitych obliczach miłości. Sundfor na swojej szóstej płycie stworzyła zestaw piekielnie przebojowych numerów, które bardzo mocno zapadając w pamięć. Jeśli ABBA miałaby pójść w alternatywną elektronikę, to tak sobie ich wyobrażam. Estetyka syntezatorowa na modłę lat 80. w ogóle nie przeszkadza, a ich potężne brzmienia stosowane na przemiennie z elementami muzyki klasycznej tworzą zwartą i monumentalną całość. Sundfor fantastycznie żongluje konwencjami, przy wykorzystaniu uniwersalnych tematów, czego efektem jest genialny electro-popowy album.

Warto posłuchać: “Accelerate”, “Kamikaze”, “Slowly”

3. Joanna Newsom – Divers

Hipnotyzująca. Kolejne wcielenie Joanny Newsom, która zaskakuje i zachwyca za każdym razem kiedy chwyta za harfę. Na początku warto zaznaczyć, że nie można się zniechęcać po pierwszym przesłuchaniu, mi zajęło dobre dwa miesiące, żeby na spokojnie wsłuchać się w każdy utwór i przeanalizować każdy tekst. “Divers” to niezwykle przemyślany album, gdzie wszystko ma swoje miejsce, a kompozycje przechodzą z jednej w drugą, sprawiając wrażenie, że słucha się nie 11 utworów, a kilku. Poza zamysłem artystycznym trzeba raz jeszcze zwrócić uwagę na teksty, które są niezwykle przejmujące (prawdopodobnie najlepsze tego roku!), a bez ich klasy album wiele by stracił. Z całą odpowiedzialnością mogę przyznać, że jest to mój ulubiony krążek Newsom zaraz obok “Ys”.

 

Warto posłuchać: “Sapokanikan”, “Leaving the City”, “Divers”, “Time, As A Symptom”

2. Sufjan Stevens – Carrie & Lowell

Na wstępnie odłóżmy na bok moją wielką sympatię do Sufjana, moją pracę magisterską na jego temat i koncert w Detroit, który udało mi się zobaczyć. Tak, bardzo lubię jego twórczość. Tak, strasznie czekałem na ten album. To jednak w moim przypadku sprawia, że jeszcze bardziej krytycznie podchodzę do tego, co nagrywa. A mógł nagrać co tylko chciał, czego dowodem było “The Age of Adz”. Jego powrót do folkowych korzeni nie zwiastował powtórki z “Seven Swans”, a raczej ewolucję w nieznane wcześniej rejony. “Carrie & Lowell” to przepiękna płyta będąca muzyczną żałobą po śmierci matki Sufjana. Album jest pełny refleksji, zadumy i wewnętrznych rozmyślań autora, co obleczone jest w technicznie perfekcyjnie nagraną i wykonaną muzykę, która może sprawiać wrażenie wspomnianych “Seven Swans” wyprodukowanych tak jak “The Age of Adz”. Mimo rozbudowanych czasem aranżacji i nieszablonowych rozwiązań, ascetyzm to słowo klucz. Ascetyzm, ale nie umartwiający, a nostalgiczny, sentymentalny, wspominający ukochaną osobę, dzieciństwo i podejmujący się refleksji na ten temat. Biorąc pod uwagę uniwersalność tematyki, rozmach i moc przekazu tego albumu, Stevens stworzył dzieło wybitne.

 

Warto posłuchać: “Should Have Known Better”, “Fourth of July”, “No Shade in the Shadow of the Cross”, “Blue Bucket of Gold”

1. Kendrick Lamar – To Pimp A Butterfly

Jak przeskoczyć poprzeczkę postawioną przez “good kid m.A.A.d city”? Nagrywając “To Pimp A Buttefly”. Album ten ma wszystkie predyspozycje, żeby być wprowadzonym do kanonu gatunku, gdzie już się de facto znalazł zaraz po premierze. Wartości tego albumu nie sposób przecenić. W kontekście sytuacji społecznej w Stanach, niepokojów związanych z brutalnością policji i protestami Afroamerykanów, “To Pimp A Butterfly” można uznawać za kluczowe dzieło reprezentujące aktualną atmosferę. W końcu sam Kendrick Lamar, jeszcze nawet przed premierą płyty, stał się głosem reprezentującym czarną społeczność USA, zwłaszcza na zachodnim wybrzeżu. Kontekst kulturowy to jedno, ale nawet i bez tego album sam się broni. Od początku do końca ma się wrażenie, że słucha się arcydzieła. Można powiedzieć, że Kendrick rozwinął skrzydła i stworzył niesamowicie ambitne dzieło, pełne pomysłów, eksperymentów, erudycyjne, wielowątkowe, zaangażowane. To naprawdę wielki concept album, bez niedopowiedzeń, poruszający i wstrząsający, tekstowo zaawansowany, kompozycyjnie rozbudowany, artystycznie dopracowany. Takie albumy nagrywa się raz w karierze, chociaż podobnie myślałem o “good kid m.A.A.d city”, więc kto wie…

 

Warto posłuchać: “King Kunta”, “Alright”, “How Much a Dollar Cost”, “i”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s