The Best of 2013: #10 – #1

10. Vampire Weekend – Modern Vampires of the City

Vampire-Weekend-Modern-Vampires-Of-The-City-2013-vinile-lp2Jakoś nigdy Vampire Weekend mi się wyjątkowo nie podobało. Ich dwie pierwsze płyty przeszły obok mnie bez większego szumu, przesłuchałem, ale do zachwytów było bardzo, bardzo daleko. Tym bardziej dziwiły mnie niesamowite oceny i pochwały spływające z wszystkich możliwych stron na ten nowojorski zespół. Zapowiedzieli wydanie swojej nowej, trzeciej płyty, więc zabrałem się do słuchania singli. “Diane Young”, dobre pierwsze wrażenie, ale jakoś bez szału. “Ya Hey” tym bardziej, za pierwszym razem uznałem, że piosenka jest wydumana, dziwna. Modern Vampires of the Cities ukazało się wreszcie na rynku i po raz kolejny zebrała genialne oceny, więc zabrałem się do słuchania, ale bez jakiegoś wielkiego entuzjazmu. Za każdym kolejnym razem, kiedy docierałem do ostatniego utworu moje zdziwienie było coraz większe. Vampire Weekend nagrali album poważny, złożony, ale nie przekombinowany, album przemyślany, dojrzały. Nagle, nawet “Diane Young” i “Ya Hey” nabrały sensu w moich oczach, a całość zaczęła brzmieć pięknie. Nie ma tu radosnych, skocznych rytmów, przy których można potańczyć, jest raczej zaduma i refleksja, gdzie każda nuta ma swoje znaczenie. Trzeba jednak zaznaczyć, że przy tej całej powadze cały album jest przystępny i nie słucha się go z wielką trudnością, wręcz przeciwnie. Na dodatek warstwa tekstowa jest tu zachwycająca, warto przesłuchać całość, czytając równocześnie słowa piosenek. W porównaniu z dwoma poprzednimi krążkami, gdzie było dużo więcej taneczności i radości, słychać dużą różnicę. Po ostatnim, Contra, zrobili sobie przerwę od muzyki. Widać to bardzo wyraźnie. Dwa pierwsze albumy przyniosły im sukces komercyjny i uznanie, na trzecim postanowili zaszaleć i udało im się. Modern Vampires of the City pokazuje jak dojrzały album można nagrać, nie tracąc na przystępności. Dzięki temu zabiegowi, całkowicie zmieniłem zdanie na temat tego zespołu. Pokazali, że stać ich na nagranie rzeczy wybitnej, która będzie tworzyła zwartą, niezwykle wartościową artystycznie rzecz, na której zarówno teksty, jak i muzyka będą na niesamowitym poziomie. Najlepiej charakter całego albumu oddaje chyba czarno-biała okładka, która przedstawia nowojorski smog z 1966 roku (w wyniku którego zmarło 169 osób). Mówi to o tym, że płyta jest mroczna, ciężka, a przy tym poważna i artystyczna. Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na samo zakończenie płyty, czyli ostatnie trzy utwory. Znakomicie zamykają całość, zagłębiając słuchacza z minuty na minutę w coraz większą refleksję. “Ya Hey”, o którym pisałem na początku, za pierwszym razem w ogóle mi się nie podobało. Teraz, po przesłuchaniu płyty te kilkanaście razy uważam, że jest to jedna z najlepszych piosenek roku. Na płycie stanowi moment kulminacyjny, po którym “Hudson” jeszcze bardziej wprowadza słuchacza w mrok i zadumę, co skwitowane jest prostą kodą w postaci “Young Lion”. Album kończy się w sposób niejednoznaczny, ale wyraźny, podkreślający charakter całości. Całości, będącej najbardziej dojrzałym i najlepszym albumem w karierze Vampire Weekend, zespołu, który udowodnił, że potrafi nagrywać płyty artystyczne, przemyślane, wybitne.

Warto posłuchać: “Ya Hey”, “Obvious Bicycles”, “Hanna Hunt”, “Step”

9. Laura Marling – Once I Was An Eagle

8f1d074e

Płyta, która zachwyciła mnie od pierwszego przesłuchania. Wcześniej nie udało mi się bardziej zapoznać z twórczością Laury Marling, dopiero w tym roku spróbowałem i opłaciło się. Once I Was An Eagle zbierało świetne oceny, więc czemu nie przesłuchać, zwłaszcza, że ta artystka mimo swojego niesamowicie młodego wieku wypracowała sobie już renomę uznanej kompozytorki. Ma w tej chwili na swoim koncie już 4 albumy studyjne, z czego najnowsza, o której tu piszę, to absolutna perła, nie tylko jej dyskografii, czy tego roku, ale ostatnich lat w swojej kategorii. Marling na Once I Was An Eagle serwuje nam 16 utworów utrzymanych w klimatach akustycznych, klasyczny singer/songwriter, dużo folku, indie folku. Za pierwszym razem kiedy jej słuchałem to pierwszym skojarzeniem, jeśli chodzi o podobieństwa do innych artystów, była oczywiście Joni Mitchell. Nie ma jednak co poprzestawać na tym porównaniu, bo Marling jest na tyle charakterystyczna i dobra w tym co robi, że zasługuje na traktowanie jako niezależna artystka, która sama tworzy klasę dla siebie. Tym krążkiem udowodniła, że zasługuje na taką postawę, mimo tego, że ma dopiero 23 lata. Omówienie płyty muszę zacząć od niesamowitej struktury płyty i jej zamysłu artystycznego. Album rozpoczyna się wiązanką 5 utworów, które trwają łącznie 19 minut i 19 sekund. Piosenki zmieniają się płynnie, nie ma przerw, co daje świetne wprowadzenie do całości, zwłaszcza, że znakomicie kończy ją singiel “Master Hunter”. Całość podzielona jest dodatkowo na dwie części, które przedzielone są interludium. Album ma też podniosłe zakończenie, pod postacią fantastycznego utworu “Saved These Words”. Może się wydawać, że za dużo miejsca poświęcam formie, ale to ona sprawia, że ten album tak dobrze się przyswaja. Na pierwszym miejscu są jednak utwory. To ich klasa, niesamowita złożoność i jakość składają się na tak wartościową płytę. Słychać, że Laura Marling wiedziała co robi, kiedy zaczęła tworzyć Once I Was An Eagle. Wszystko jest tu przemyślane, nie ma przypadkowego utworu. Z początku myślałem, że za dużo tu utworów, że płyta może jest nieco przydługa. Przesłuchując ją kolejne razy, doszedłem jednak do wniosku, że wszystko ma tu swoje miejsce, a każdy kolejny utwór pasuje do poprzedniego, razem tworząc zamkniętą całość, która byłaby niekompletna bez chociaż jednego utworu. To przekonanie o kompletności albumu to kolejny czynnik, który pomaga przy jego odbiorze Słuchacz ma wrażenie, że słucha opowieści, w której każdy rozdział ma swoje znaczenie i wpływa na całość. A kiedy o tym mówimy, to trzeba zwrócić uwagę na teksty, które mają tutaj niebagatelne znaczenie. To nie są proste opowieści o miłości, depresji, radościach. To złożone, poważne i dość trudne słowa, które bardzo mocno zapadają w pamięć. Sam byłem pod ogromnym wrażeniem, że Marling była w stanie stworzyć tak dobre rzeczy. Once I Was An Eagle to przy całej swojej trudności i złożoności dzieło przyjemne w odbiorze, dojrzała rzecz, stworzona przez młodziutką Brytyjkę. Ta płyta może jeszcze bardziej wspomóc jej karierę, która, mam nadzieję, potoczy się w bardzo ciekawym kierunku, pełnym muzycznych triumfów. Ta płyta jest świetnym dowodem na to, że Laura Marling jest w stanie czegoś takiego dokonać.

Warto posłuchać: “Master Hunter”, “Saved These Words”, “Breathe”, “Little Bird”, “Little Love Caster”

8. Arcade Fire – Reflektor

arcade-fire-reflektor

Jak nagrać czwarty, wybitny album z rzędu. Arcade Fire najwidoczniej zna na to przepis. Po stworzeniu trzech absolutnie genialnych płyt, uważanych dzisiaj za kanon współczesnej muzyki rozrywkowej kanadyjski zespół stanął przed niesamowicie trudnym zadaniem. Najpierw wybitny Funeral, później Neon Bible, którym poradzili sobie z syndromem drugiej płyty, następnie, monumentalny The Suburbs, którym potwierdzili swoją pozycję w panteonie najważniejszych zespołów 21 wieku. Za każdym razem delikatnie zmieniali styl, nie stali w miejscu, szukali nowych rozwiązań, więc tym razem, tym bardziej cały muzyczny świat patrzył co takiego wymyślą. Czy uda im się nagrać kolejny album, godny poprzedników, jednocześnie znajdując nowe rozwiązania. Postawili na jedną z opcji, którą krytycy obstawiali, czyli poszli w taneczność, nie rezygnując ze swoich monumentalnych hymnów, ścian dźwięków i rozbudowanych aranżacji. Opłaciło się. Utwór, promujący album (choć nie będący singlem), czyli tytułowy “Reflektor” sprawił, że wszyscy oszaleli na ich punkcie raz jeszcze. Po premierze samego albumu opinie nie były już tak jednoznaczne, chociaż patrząc w przeszłość, podobnie było z każdym albumem Arcade Fire. Zespół postanowił wydać krążek dwupłytowy, który poprzedziła absolutnie genialna kampania reklamowa, która zbliżyła się swoim poziomem do tej Daft Punk, co już jest wielkim komplementem. Państwo z Montrealu przyzwyczaili nas już do tworzenia bardzo ustrukturyzowanych płyt, Reflektor nie jest wyjątkiem. Całość podzielona jest na dwie części, z otwarciem w postaci “Reflektor”, zamknięciem “Supersymmetry” (utwór także podzielony na dwie części), dwoma częściami “Here Comes the Night Time”, dwuczęściową opowieścią o postaciach z okładki (Orfeuszu i Eurydyce), są motywy występów na żywo. Ogólnie atmosfera powagi i zabawy występuje tu naprzemiennie, co jeszcze bardziej przykuwa uwagę słuchacza. Za pierwszym razem całość mnie trochę przytłoczyła, myślałem, że album jest za długi, że muzycy przeszarżowali i stworzyli coś średniego, ale jednak takie same wrażenia miałem po przesłuchaniu The Suburbs, a teraz jest dzisiaj to moja ulubiona płyta Arcade Fire. Teraz, za każdym razem jak słucham całości, to coraz bardziej przekuję się do tych piosenek, zwłaszcza do drugiej płyty. Zamysł artystyczny jest tu oczywiście na wielkim poziomie, co przy założeniu większej taneczności muzyki jest bardzo interesujące. Oczywiście, w przypadku tej płyty oczekiwania robią swoje, co może zaburzać jej obraz. Czekaliśmy na coś wielkiego, a w zamian dostaliśmy coś “tylko” świetnego. Sam uważam, że Arcade Fire podołali wyzwaniu i znowu przeskoczyli poprzeczkę, którą sami sobie ustanowili. Płyta sama w sobie może nie porywa od pierwszego przesłuchania, ale Kanadyjczycy mają to do siebie, że te płyty odkrywa się dopiero po którymś przesłuchaniu. The Suburbs odkryłem dopiero rok po premierze. Stąd moja sugestia dla osób, którym za pierwszym razem Reflektor nie przypadł do gustu. Warto dać tej płycie szansę, odczekać trochę i podejść kolejne razy. Ja już jestem na tym etapie, że znam każdą piosenkę na pamięć, więc mogę z całą odpowiedzialnością przyznać, że jest to płyta znakomita pod każdym względem, muzycznym, tekstowym, zamysłu artystycznego, struktury, czy po prostu radości ze słuchania, nie zapominając, że wcale nie jest taka prosta. Arcade Fire udowodnili, że są w stanie wciąż nagrywać wybitne albumy, przy okazji nie stojąc w miejscu, tylko poszukując nowych ścieżek. Ta, którą obrali teraz niesamowicie się opłaciła. Znakomity album.

Warto posłuchać: “Reflektor”, “Normal Person”, “Awful Sound (Oh Eurydice)”, “It’s Never Over (Oh Orpheus)”, “Joan of Arc”

7. The National – Trouble Will Find Me

trouble will find me

The National i ich High Violet to w dalszym ciągu jedna z moich ulubionych płyt 21 wieku. Nic więc dziwnego, że tak bardzo wyczekiwałem, co zrobią na nowym albumie. Trzy lata po premierze ostatniej płyty, na półki sklepowe trafił Trouble Will Find Me. Były wielkie oczekiwania, które do pewnego stopnia zostały spełnione. Tylko do pewnego, bo ciężko jest pobić szczytowe osiągnięcie w ich karierze, za jakie uważam High Violet. The National zrobili coś interesującego. Nie nagrali drugi raz tego samego, a spróbowali nieco innych klimatów, pozostając jednak wiernymi swoim charakterystycznym zabiegom. Oczywiście nie ma tu rewolucyjnych rozwiązań, nowojorczycy nie zaczęli też nagle grać pozytywnego popu. Cały czas na ich albumie znajdziemy pełno mrocznych i ciężkich utworów z depresyjnymi tekstami, kunsztownych aranżacji. Trouble Will Find Me traktuję jako starszego brata High Violet, atmosfera jest poważniejsza, wykwintniejsza, może nie tak przebojowa i genialna, ale niosąca za sobą ogrom doświadczenia. To zdecydowanie nie jest płyta dla początkujących słuchaczy tego zespołu, raczej polecałbym ją osobom, które wiedzą czego się spodziewać. A spodziewać się można, poza artyzmem, którego zawsze pełno u The National, utworów złożonych, niecodziennych rozwiązań, ale także charakterystycznej dla tego zespołu delikatności, depresji i czasami skrajnej emocjonalności. Kiedy spojrzeć by na poszczególne składniki, jakie można tu znaleźć, to można by ulec wrażeniu, że ta płyta po prostu musi być wybitna. Taka też jest, chociaż jedyna rzecz, która nie pozwala jej być równie dobra jak jej poprzedniczce, to malutki brak równości. Są momenty wybitne jak “Demons”, czy “I Need My Girl”, ale jest tu też kilka wypełniaczy, które co prawda również spełniają ogromnie ważną rolę, tworząc razem z najlepszymi kompozycjami świetny album, ale ich poziom troszkę odstaje. Niemniej, Trouble Will Find Me to godny następca High Violet i kolejny, świetny rozdział w karierze tego wybitnego zespołu, który z każdą kolejną płytą wypracowuje sobie opinię jednego z najbardziej wpływowych i wartościowych alternatywnych amerykańskich formacji. Na tą renomę zasłużyli sobie już bardzo dawno, teraz mam tylko nadzieję, że coraz więcej osób będzie tego świadomych. Najnowszy album The National to absolutny popis możliwości tekstowych Matta Berningera i kompozytorskich braci Dessner. Nie jest to lekka lektura, którą można sobie bez problemu puścić niedzielnego popołudnia, by odpocząć sobie przy słodkich dźwiękach. Trouble Will Find Me pasuje raczej na środek nocy, gdzieś pośrodku refleksji na temat życia osoby dojrzałej i doświadczonej. W tej roli spełnia się idealnie, jak również jako dobry, poważny album, którego słucha się z wielkim skupieniem i namaszczeniem. Trouble Will Find Me powinno się celebrować, słuchać bez pośpiechu, z zaangażowaniem, na pewno na to zasługuje.

Warto posłuchać: “Demons”, “I Need My Girl”, “I Should Live In Salt”, “Pink Rabbits”, “Fireproof”

6. The Drones – I See Seaweed

Drones-I-See-Seaweed

Bardzo ciężka, mocna, psychodeliczna płyta. The Drones stworzyli coś, co można umieścić gdzieś pomiędzy stonerem, garagem, muzyką eksperymentalną, a nawet punkiem czy poezją śpiewaną. Ciężko temu albumowi jednoznacznie przypisać jakikolwiek styl czy gatunek. Znajdziecie na nim utwory skomplikowane, na pewno niełatwe w odbiorze, ale przy ich całym zaawansowaniu muzycznym, robią tak niesamowite wrażenie, że chce się ich słuchać w kółko. Może to wydawać się dosyć dziwne, biorąc pod uwagę, że to album eksperymentalny i niesamowicie psychodeliczny, ale te utwory mają w sobie coś niesamowicie przyciągającego i ułatwiającego przyswajanie. Ich monumentalność i przejęcie w każdej nucie zachwyca. Każda z kompozycji jest na swój sposób wyjątkowa i wyróżnia się na tle całości, która jednocześnie jest jednolita. Kiedy pierwszy raz słuchałem I See Seaweed wstrząsnęła mną moc, płynąca z tej muzyki. Genialny wokal, który niemal wykrzykuje świetne, momentami genialne teksty, jak również ściana dźwięku, wciskająca niemal w fotel porażają. Rozmach, który można spotkać na I See Seaweed naprawdę robi wrażenie. Jest tu co prawda tylko 8 utworów, które trwają zwykle około 6-7 minut, ale to raczej siła muzyki, którą grają The Drones sprawia, że człowiek już po pierwszym zapoznaniu z tymi piosenkami jest zachwycony, a jego szczęka jest roztrzaskana na podłodze. Kolejna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę jest to, że te kompozycje zapadają w pamięć. Świetnie pomyślane melodie i przebiegi akordowe, w połączeniu z monumentalnymi tekstami i podniosłymi refrenami sprawiają, że zaraz po skończeniu słuchania od razu sobie je sobie nucimy. To w muzyce eksperymentalnej czy alternatywnej zdarza się bardzo rzadko. Tym większe oklaski dla Australijczyków, że udało im się stworzyć tak przystępne dzieło, przy całej swojej złożoności i skomplikowaniu. Chciałem jeszcze tylko wspomnieć o postaci Garetha Liddiarda, czyli postaci, która stoi za zespołem The Drones i każdym utworem na I See Seaweed. Jego wokal, umiejętności kompozycyjne i pomysł na płytę zachwycił mnie od pierwszego przesłuchania. Niesamowicie utalentowany muzyk, któremu udało się stworzyć rzecz naprawdę wybitną. Nie przesadzam. Jedyne słowa, które przychodzą do głowy po skończeniu lektury to “co się właśnie stało” i “ja chcę jeszcze raz.” I See Seaweed to album, który zapada momentalnie w pamięć, zachwyca od pierwszych nut, a po skończeniu ma się wrażenie, jakby wyszło się z muzycznego tornado.

Warto posłuchać: “I See Seaweed”, “Nine Eyes”, “They’ll Kill You”, “Laika”, “Why Write A Letter That You’ll Never Send”

5. Rhye – Woman

rhye-woman

Piękny album. Delikatny, subtelny, łagodny, przyjemny. Debiutancki album duetu Rhye zachwyca każdą minutą. Woman jest płytą nieinwazyjną, którą można się delektować długimi godzinami, bez uczucia zmęczenia materiału. To tylko 10 utworów, które w sumie trwają nieco ponad 35 minut, ale wrażeń, które przynosi nie da się przeliczyć na długość czy wielkość płyty. Tu raczej liczy się głębia muzyki i zdolność poruszania przy użyciu minimalnej natarczywości. To jej delikatność tu porusza i wywołuje emocje. Album ten może nie jest idealny pod względem muzycznym, ale jako całość, czyli kiedy bierzemy pod uwagę muzykę, teksty, sposób wykonania, produkcję, ogólny klimat, Woman staję się jednym z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie można było posłuchać w tym roku. Muzyka tu płynie, nie ma szokujących zabiegów, jest raczej spokój i rozkosz. Takie albumy niektórym mogą wydawać się nudne, niemające nic wielkiego do zaoferowania. Faktycznie, Woman nie oferuje niczego nowego ani rewolucyjnego, ale to całokształt sprawia, że ta płyta jest tak wybitna. Nudy tu nie zaznacie na pewno. Sam niejednokrotnie zacząłem jej słuchać i zanim udało mi się zorientować, że płyta się jako tako rozegrała, to kończył się utwór. Być może downtempo czy leciutka wersja RnB, którą prezentuje to duo ma to do siebie, że koi i tak swobodnie się jej słucha, może, ale na pewno nie każdy ma tak ogromny talent do tworzenia tak świetnych, prostych, a zarazem bardzo inteligentnych i wyrazistych kompozycji. Mylące może wydawać się stwierdzenie, że w przypadku takich niewielkich albumów, forma nie jest tak ważna jak w większych dziełach. Na Woman mamy wyraźny podział na wstęp, rozwinięcie (także podzielone) i zakończenie. To może nie wpływa tak znacząco na odbiór dzieła, ale za to poczucie kompletności jest bardzo ważne i jest jedną z ważniejszych cech warunkujących pozytywny odbiór albumu jako takiego. Tutaj takie poczucie jest bardzo wyraźne, co w połączeniu z niesamowitym i powtarzalnym urokiem Woman sprawia, że jest to najlepszy tegoroczny debiut. Piękno, delikatność i lekkość jest tu kluczem, kluczem do wielkich emocji i przyjemności.

Warto posłuchać: “Open”, “The Fall”, “3 Days”, “One of Those Summer Days”, “Shed Some Blood”

4. Paramore – Paramore

paramoreparamore-1366051743

W życiu bym się nie spodziewał, że Paramore może nagrać tak wybitny album. Owszem, ich poprzednie płyty były niezłe. Znalazłoby się tam kilka fajnych utworów, ale nic poza tym. Za to na Paramore osiągnęli coś niesamowitego. Potrafili nagrać album prostu, przebojowy, a zarazem ambitny, złożony, wybitny. Moja przygoda z tym krążkiem zaczęła się od pierwszego singla, “Now”. Świetny utwór, który mógł zapowiadać równie dobry album, ale mimo tego, do przesłuchania całości podchodziłem sceptycznie. Jakież ogromne było moje zdziwienie już po kilku utworach, kiedy piosenki okazały się ambitne, rozbudowane, bardzo przemyślane, a przy tym lekkie i niesamowicie przyjemne. Paramore jest długim albumem. To aż 17 utworów, ambitne przedsięwzięcie, trwające ponad godzinę. Składa się z czterech części, które przedzielone są trzema krótkimi interludiami. Każda z nich jest na swój sposób niepowtarzalna i wyjątkowa. Wiadomo, bardzo duża grupa osób jest zniechęcona do muzyki, jaką wykonuje Paramore. Nie oszukujmy się, pop punk, power pop czy inne emo mogą mieć negatywne konotacje. Ten amerykański zespół, nagrał album, który udowadnia, że w tym gatunku można nagrać arcydzieło. Bezsprzecznie stworzyli coś najlepszego w pop punku, co mogłem usłyszeć od czasów American Idiot z 2004 roku. Oczywiście, obydwie płyty ciężko porównywać, ale chcę tylko pokazać jak znakomitym osiągnięciem jest ten album. Paramore jest również niezwykle ciekawe ze względu na produkcję, za którą odpowiadał tu przede wszystkim Justin Meldal-Johnsen. Wcześniej współpracował z takimi gwiazdami jak Nine Inch Nails, Air, Beck, czy wreszcie M83. Bardzo wyraźnie słychać jak dużo dobrego zrobił dla tego albumu, jak pokierował Paramore w bardziej odważne i rozbudowane rejony. Największą zaletą Paramore jest właśnie to rozbudowanie, różnorodność, odwaga, niecodzienność i charakterystyczność. W całej swojej prostocie, te utwory są na tyle przebojowe, chwytliwe, a jednocześnie ambitne, że trudno takie osiągnięcie przeoczyć. Płyta Paramore to zdecydowanie najlepszy album w dyskografii Amerykanów. Mało tego, to jedno z największych dzieł w historii współczesnego pop punku, który redefiniuje ten gatunek, poszerzając jego horyzonty, otwierając na nowe możliwości. Kto ma wątpliwości, niech posłucha takich utworów jak “Future”, “Part II”, czy “Now”. Naprawdę warto.

Warto posłuchać: “Now”, “Future”, “Still Into You”, “Ain’t It Fun”, “Hate To See Your Heart Break”

3. The Flaming Lips – The Terror

The_Terror_cover

Kiedy pierwszy raz postanowiłem posłuchać tego albumu, nie wiedziałem co się dzieje. The Flaming Lips przekroczyli kolejną granicę muzycznego wariactwa. Stworzyli 55-minutową psychodeliczną wyprawę, której nie można opisać słowami. Jednostajny rytm przez wszystkie 9 utworów wprowadza w trans. Nie myślcie jednak, że odpłyniecie przy tej płycie, a czeka was jedynie relaks i odpoczynek. The Terror ma jedną z najbardziej adekwatnych nazw płyt w tym roku. Słuchanie tego dzieła ma niewiele wspólnego z przyjemnością. Przez ten album trzeba się przebić, czasami może nawet zmusić się do słuchania kolejnych minut, ale po skończeniu jest się pod tak ogromnym wrażeniem, że trudno to określić. Terror polegający na tym albumie nie wynika tylko z jego ciężkostrawności, to także tematyka. The Terror to concept album, opowiadający o tym, że w zasadzie świat, każdy z ludzi może istnieć bez miłości, że ułudą jest stwierdzenie, mówiące o tym, że człowiek nie może funkcjonować bez miłości. Istna depresja, a momentami nawet desperacja. Płyta pomaga wpaść w dół emocjonalny jak żadna inna w tym roku. Można powiedzieć, że jest to w sumie zaleta, ponieważ spełnia swoje zadanie – wywołuje dane wrażenie, wzbudza konkretne emocje, które chce przekazać. Z drugiej strony, wiadomo, kto chciałby słuchać takiej płyty. Ja jednak wolę spoglądać na The Terror jak na niewiarygodnie wręcz ambitne osiągnięcie w karierze The Flaming Lips, prawdopodobnie jedno z ich największych oraz jako jedną z najlepszych rzeczy, które przytrafiły się współczesnej muzyce psychodelicznej. Ten album to wyprawa, przygoda, pełna złych doświadczeń, spojrzeń na szarą rzeczywistość, zawodów i bezsilności, ale przedstawiona w tak niesamowity i genialnie pomyślany sposób, że po przesłuchaniu ociera się łzy, wstaje się i bije brawo. Sam pomysł na płytę był wręcz niesamowity, jak również karkołomny. Zamysł polegał na tym, by składało się na nią 9 utworów, których powinno się słuchać praktycznie na raz, co przy całej ciężkostrawności materiału jest odważnym zabiegiem. Między innymi dlatego, istnieje również możliwość odsłuchania The Terror jako jednego, 55-minutowego utworu, co bardzo dobrze pokazuje zamysł całości. Najnowsza płyta The Flaming Lips to arcydzieło, co do tego nie ma wątpliwości. Niesamowicie ciężko się tego słucha, wpędza w depresję, rozstraja emocjonalnie i nerwicowo, ale jednocześnie robi tak ogromne wrażenie, że nie sposób przestać słuchać, terror.

Warto posłuchać: “Be Free, A Way”, “Buttefly, How Long It Takes to Die”, “You Lust”, “Always There, In Our Hearts”

2. Queens of the Stone Age – …Like Clockwork

like-clockwork

Queens of the Stone Age w przeciągu ostatnich 15 lat wyrobili sobie renomę jednego z najważniejszych zespołów we współczesnej muzyce rockowej. Nagrywali płyty lepsze i gorsze, ale nigdy nie schodzili poniżej poziomu dzieła wybitnego. Ich każdy album charakteryzował się ciężkim, stonerowym brzmieniem, ale jednocześnie z roku na rok ewoluowali i szli w nowych, zaskakujących kierunkach. …Like Clockwork nie jest wyjątkiem. Po sześciu latach przerwy wrócili z płytą, która zachwyca od pierwszej do ostatniej minuty. Znajdziemy tu zarówno klasyczne QotSA, jak również eksperymentalne rozwiązania. Tak czy inaczej, płyta jest genialna. Wśród krytyków oceny były podobne, a w zasadzie najlepsze od Songs for the Deaf z 2002 roku, co już samo w sobie powinno mówić bardzo dużo. Było wiele obaw czy uda im się dorównać wcześniejszym dokonaniom. Jak wiemy, wszystkie poprzednie płyty były bardzo ciepło przyjmowane, poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko, a biorąc pod uwagę straszliwe przejścia, jakich doświadczył w przeciągu ostatnich lat Josh Homme, lider zespołu, można było spodziewać się wszystkiego. Zawodu na pewno nie było. QotSA w zmienionym składzie brzmi fenomenalnie. Położono większy nacisk na wielość ścieżek gitary, dominującą rolę basu i klawisze, ściany dźwięku są jeszcze masywniejsze, a utwory przerażające i wstrząsające. Każda kompozycja, którą można znaleźć na …Like Clockwork to indywiduum. Każdą z osobna można się zachwycać i słuchać w kółko, jednocześnie mając świadomość, że płyta tworzy znakomitą całość, ocierającą się o concept album. Na wielkie oklaski zasługuje także fakt, że album ten jest niezwykle równy. Nie ma tu słabszych momentów, a każda piosenka trzyma w napięciu do ostatnich sekund, co jeszcze bardziej podkreśla monumentalność i jednolitość tego dzieła. Jako oddany fan Queens of the Stone Age przyznaję, że oczekiwałem po ich albumie bardzo wiele. Z całą odpowiedzialnością mogę przyznać, że nie zawiodłem się. Panowie pokazali na co ich stać, pokazali, że mogą tworzyć nową jakość, szukać odważnych rozwiązań, jednocześnie pozostając wiernymi swojemu charakterystycznemu brzmieniu. …Like Clockwork jest nie tylko jednym z najlepszych osiągnięć w karierze Queens of the Stone Age, ale przede wszystkim jednym z najciekawszych, a przy okazji najbardziej dojrzałym i poważnym. Nie unikniemy tu rozważań egzystencjalnych, opowieści o utraconej miłości czy sensie życia, które są motywem przewodnim tego dzieła. Przy tym wszystkim, QotSA nie popadają jednak w utarte schematy i ckliwość, a całość ma więcej wspólnego ze przerażeniem pustką niż wylewaniem łez w poduszkę. Płyta jest na tyle ambitna, monumentalna, dojrzała, a przy tym satysfakcjonująca i dająca poczucie kompletności, że ma się wrażenie jakby słuchało się czegoś wybitnego. Teraz, po przesłuchaniu jej ładnych kilkadziesiąt razy, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że to nie tylko wrażenie, to fakt.

Warto posłuchać: “I Appear Missing”, “My God Is A Sun”, “Kalopsia”, “If I Had a Tail”, “Keep Your Eyes Peeled”

1. Nick Cave & the Bad Seeds – Push the Sky Away

Nick-Cave-and-the-Bad-Seeds

Push the Sky Away to arcydzieło. Muzyczne, tekstowe, producenckie, ale także pod względem klimatu czy pomysłu na album. Nick Cave & The Bad Seeds to legendarny zespół, z fenomenalnymi albumami na karku, niesamowitym bagażem doświadczeń, a wciąż potrafi zaskakiwać i wydawać na świat takie perły jak ten krążek. Jeśli oczekiwaliście kontynuacji z poprzednich dwóch krążków, czyli przebojowego, ambitnego rockowego grania z Dig, Lazarus, Dig oraz Abattoir Blues/The Lyre of Orpheus to możecie się porządnie zdziwić. Na Push the Sky Away panowie poszli w spokojniejsze, bardziej liryczne, wręcz poetyckie klimaty, przy okazji muzycznie stawiając przede wszystkim na dość ryzykowne zabiegi. To tak, jakby połączyć No More Shall We Part z muzyką eksperymentalną. Liryczność, a jednocześnie szaleństwo, jakiego można doświadczyć na nowym albumie Nicka Cave’a i spółki zachwyca, zachwyca rozmachem, szaleństwem, odwagą, artystycznymi uniesieniami, emocjami, jakie ze sobą niesie. Na pewno nie jest to prosta płyta, nie słucha się jej z największą przyjemnością, ale poczucie arcydzieła występuje tu od pierwszej do ostatniej sekundy. Piosenki zapierają dech w piersiach, teksty są wręcz wybitne, Nick Cave w życiowej formie. Kiedy pierwszy raz usłyszałem dwa single, promujące album “We No Who U R” oraz “Jubilee Street” nie byłem zachwycony. Dopiero z czasem przyszły zachwyty i wielkie uznanie. Push the Sky Away to płyta, której nie uwielbia się od pierwszego przesłuchania, na to potrzeba czasu. Dopiero po którymś razie zauważa się każdy niuans, można usłyszeć każde słowo, poznać każdy pomysł na całość. Podobnie jest z każdą płytą Cave’a. Nie jest to prosta muzyka, ale jak już ktoś się do niej przekona i pozna dokładnie wszystkie jej zakamarki, to wielkie emocje są gwarantowane. Push the Sky Away jest jeszcze dodatkowo bardziej delikatnym przykładem twórczości tego zespołu, gdyż prezentuje jego bardziej ciężkostrawne oblicze, co oczywiście nie oznacza, że mniej piękne. Osobom, które chcą porządnie i dogłębnie poznać twórczość Nicka Cave’a & the Bad Seeds, a zwłaszcza tej płyty, polecam posłuchanie jej z wszystkimi tekstami przed oczami, a później, mając ich znaczenie już w głowie, ponownie kilka razy, skupiając się na muzyce i zabiegach produkcyjnych. Kiedy połączycie te dwie części, powstanie wam przed oczami obraz albumu wybitnego, artystycznie ambitnego, poruszającego, wzruszającego, wstrząsającego i, przede wszystkim, absolutnie genialnego.

Warto posłuchać: “Jubilee Street”, “Higgs Boson Blues”, “We Real Cool”, “We No Who U R”, “Mermaids”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s