The Best of 2013: #20 – #11

20. Eluvium – Nightmare Ending

Eluvium-Nightmare-Ending

Eluvium, czyli Matthew Cooper, znany jest z nagrywania pięknych albumów, umieszczonych gdzieś pomiędzy ambientem, minimalizmem, a współczesną muzyką poważną. Eksperymentuje, ale w przepiękny sposób. Ma na swoim koncie już 7 płyt, z czego najsłynniejszą do tej pory była Copia z 2007 roku, która zachwyciła krytyków z całego świata, jak i sprawiła, że muzyk dotarł do większego grona odbiorców. Osiągnięcie rzeczywiście wybitne, ale w tym roku udało mu się je pobić. Nightmare Ending to rzecz wielka, dwupłytowy album, trwający ponad 83 minuty, 14 genialnych utworów, przy których można odpłynąć i zapomnieć o zewnętrznym świecie. Ambient w najlepszym wydaniu. Styl ten ma to do siebie, że można go traktować jako coś, czego słucha się w tle, jako ścieżki dźwiękowej, chociaż Nightmare Ending ma to do siebie, że wymaga skupienia. Nie jest to najprostsza płyta, a jednak wkręca niesamowicie. Aż chce się zatrzymać, położyć i po prostu pozwolić, żeby muzyka płynęła. Przez to, że album jest dość długi, tym bardziej ma się wrażenie pewnej opowieści, utwory łączą się ze sobą, tworząc półtorej godzinną opowieść. Nightmare Ending słucha się tak jakby czytało się dobrą książkę, jest wstęp, jest rozwinięcie, jest zakończenie, a nawet posłowie. Wszystkie wątki składają się w całość, która daje nam piękną, momentami przerażającą, pełną zwrotów akcji, niespodziewanych wydarzeń i emocji podróż, podróż, opowiadającą o końcu koszmaru. To naprawdę piękne zakończenie.

Warto posłuchać: “Don’t Get Any Closer”, “Covered in Writing”, “Unknown Variation”,

19. Matthew E. White – Big Inner

matthew-e-white-big-inner

Kolejny, bardzo obiecujący debiut w tym roku. Matthew E. White ma już co prawda kilka albumów z mniej znanymi zespołami na swoim koncie, ale jest to jego solowy debiut. Dodatkowo, teoretycznie Big Inner ukazał się w sierpniu 2012 roku, ale to dopiero w 2013 miał swoją światową premierę. Na siedmiu utworach, które wypełniają solowy debiut White’a można usłyszeć RnB, dużo psychodelicznego rocka, przepiękne i rozbudowane aranżacje, indie pop. Piękna, lekka, choć bardzo złożona płyta. To właśnie ta złożoność i aranżacje tworzą największą zaletę Big Inner, jego monumentalność. Kiedy słucha się tego albumu, ma się wrażenie, że każdy szczegół jest tu dopracowany z niesamowitą precyzją i dokładnie przemyślany. Absolutnie nie słychać, że to debiutant, a raczej poważny artysta, z ogromnym dorobkiem na koncie, który wreszcie mógł popuścić wodze fantazji i zrobić coś wielkiego. Big Inner ma też to do siebie, że swoją wielkością w ogóle nie przytłacza. Piosenki, mimo swoich wielkich aranżacji są lekkie, wszystko jest tu bardzo płynne, nie pozwala zmęczyć się słuchaczowi, a wszystkie zmiany są konstruowane tak, jakby były intuicyjne. To wszystko uzupełniają po prostu świetne melodie i sprytne pomysły na utwory. Monumentalna i podniosła lekkość, swoboda i przyjemność.

Warto posłuchać: “Big Love”, “Brazos”, “Steady Pace”

18. Kanye West – Yeezus

Kanye-Yeezus

Wszyscy oczekiwali płyty wybitnej, przełomowej, kontynuowania trendu przełamywania barier po legendarnym już albumie My Beautiful Dark Twisted Fantasy. Wiadomo było, że będzie kontrowersyjnie, w sumie czego można było się spodziewać po Kanye. Do rąk dostaliśmy album dość eksperymentalny i dość mroczny, kolejny krok w niezwykłej karierze tego artysty. Co by o samym Kanye nie mówić, wiadomo jaki jest, ale trzeba oddać, że muzykiem jest wybitnym, a jego wizja artystyczna jest niesamowita na każdym kroku jaki podejmuje. Yeezus pełny jest eksperymentalnych zabiegów, nieoczekiwanych zmian, przejść, rozbudowanych motywów, szalonych sampli. To nie jest album, którego się słucha tak dobrze, jak jego poprzednika. Najnowsza płyta Kanye idzie w bardziej eksperymentalne rejony, nieco kosztem tych świetnych kompozycji, które mogliśmy znaleźć na MBDTF, ale tylko nieco. Nie ma co się zrażać za pierwszym razem. Sam płytę Yeezus przesłuchałem co najmniej kilkanaście razy od początku do końca, w tym czytając uważnie wszystkie teksty, teksty, które bardzo często są tak dziwne i niesmaczne, że wykrzywia słuchacza, ale mają jakiś sens, który jest bardzo interesująco na bieżąco odzwierciedlany w muzyce. Za każdym razem kiedy docierałem do ostatniego utworu, dochodziłem do wniosku, że nowa płyta Westa to rzecz wybitna, temu nie można zaprzeczyć. Być może przekombinowana, ale wybitna, której słuchacz musi poświęcić dosyć dużo czasu, żeby wreszcie się przebić i usłyszeć jak wielkim jest osiągnięciem. Yeezus niewprawionego słuchacza może przytłaczać, mnie samego na początku nieco przeraził, ale na pewno warto co najmniej spróbować i zobaczyć na własnej skórze czemu wszyscy tak bardzo zachwycają się Kanye Westem i jego najnowszą twórczością.

Warto posłuchać: “Blood on the Leaves”, “Black Skinhead”, “New Slaves”

17. Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze

Kurt-Vile-Waking-On-A-Pretty-Daze

To była jedna z pierwszych płyt, które zachwyciły mnie w tym roku, chociaż tak naprawdę nie ma tu niczego szczególnie zachwycającego, czy porażającego. Rzeczą, która mnie tu zachwyciła są piosenki same w sobie, nie struktura, nie zaangażowanie, nie jakaś ogromna wizja artystyczna, a po prostu utwory, które kompozycyjnie stoją na niesamowicie wysokim poziomie, co przekłada się na wrażenia, godne jednej z najlepszych płyt roku. To już piąty album studyjny Kurta Vile’a, jednak dopiero po tym ostatnim zyskał największe uznanie, trzeba dodać, że całkiem zasłużenie. Wszystko jest tu bardzo dopracowane, przy jednoczesnym braku jakichkolwiek ograniczeń, co mi bardzo imponuje. Słychać, że panuje tu absolutna wolność przy komponowaniu utworów, które zwykle mają między 6 a 10 minut długości, za czym nie idzie, jak w wielu przypadkach (np. Daft Punk na Random Access Memories) przesadne wydłużanie. Kiedy utwór jest tak długi, to czuje się, że powinien taki być, tego wymaga, co jest dość dużą sztuką. Kurt Vile zaimponował mi jeszcze jedną rzeczą. Stworzył płytę, która niewątpliwie jest bardzo alternatywna, pełna psychodelii, specyficznych zabiegów producenckich, kompleksowych utworów, a jednak osoba, która za bardzo nie siedzi w tych klimatach może jej słuchać bez problemu i z ogromną przyjemnością się z nią zapoznać.

Warto posłuchać: “Waking on a Pretty Day”, “Was All Talk”, “Girl Called Alex”

16. Soweto Kinch – The Legend of Mike Smith

0002154515_500

Najbardziej ambitna płyta roku. Największy projekt tego roku. Album z największym rozmachem. Monumentalność wręcz bije od tego dzieła. Nie, nie przesadzam. Uznany i bardzo szanowany młody brytyjski saksofonista free jazzowy Soweto Kinch postanowił nagrać album, który będzie opowiadał historię Mike’a Smitha, początkującego hip-hopowca, którego marzeniem jest nagranie albumu. Wreszcie, dostaje telefon od wytwórni płytowej, ale później zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Mike jest kuszony i przechodzi przez drogę 7 grzechów głównych, by wreszcie stoczyć bitwę o swoją przyszłość. Tak, tak, o tym opowiada The Legend of Mike Smith. Ale chwila, przecież autorem jest saksofonista jazzowy. Tak. To album hardcore-hip-hopowo-free-jazzowy. Free jazz i hardcore hip-hop? Tak. Mało tego. Są tu też elementy wariacji na temat muzyki poważnej zaadaptowane do elementów hip-hopowych. Na album składa się, uwaga, uwaga, 41 utworów, które trwają łącznie ponad 145 minut. Dwie i pół godziny. Płyta to na przemian, utwory hip-hopowe i free-jazzowe przerywniki. Całość jest wręcz niewiarygodna. Oczywiście tak długie, ogromne przedsięwzięcie może przytłaczać i momentami przytłacza, ale jego zaawansowanie i walory artystyczne przyćmiewają wszystkie niedoskonałości, wynikające z formy. Opowieść jest niesamowita, nie można się oderwać od słuchania, pełna zwrotów akcji, główna postać jest świetnie zbudowana. Płyta The Legend of Mike Smith równie dobrze mogłaby być świetną książką, opowiadającą o młodym muzyku, chcącym podbić świat. Znakomite. Oczywiście, przesłuchanie całości za jednym zamachem jest dosyć karkołomne, ale można do niej podejść kawałkami, struktura temu sprzyja. Ta płyta to absolutnie lektura obowiązkowa dla każdego fana hip-hopu i jazzu, który otwarty jest na nowe, wariackie doznania. The Legend of Mike Smith to nie album, to przeżycie, to opowieść, to doświadczenie, to przygoda, jedna z najbardziej wartościowych w tym roku, trudna, ale na pewno warto na nią dać się porwać.

Warto posłuchać: “Invidia”, “Avartia”, “Slam”, “Superbia”, “Epiphany”,

15. Ashley Monroe – Like a Rose

Ashley Monroe - Like a Rose

Ashley Monroe zrobiła z Like a Rose coś niepowtarzalnego. Nagrała album, brzmiący jak klasyczne country, które nie jest ani sztucznie podrasowane, ani nie udaje żadnego innego stylu, nie idzie na siłę w stronę rocka czy popu, po prostu country. Jednocześnie podeszła do tego tematu na tyle nowocześnie, że zachwyciła krytyków z całego świata. Płyta jest króciutka, to zaledwie niecałe 32 minuty, lekkie i przyjemne, a przy tym świetnie wyprodukowane. Nie ma tu żadnych udziwnień, po prostu znakomite kompozycje, aranżacje bez zbytniego rozmachu, świetny wokal Monroe, co razem daje jedną z najlepszych płyt country w tym roku. Oczywiście większość recenzji, jakie czytałem na temat tego albumu porusza kwestię bardzo odważnych tekstów w takich utworach jak “Weed Instead of Roses”, czy “Two Weeks Late”, czego raczej nie trzeba tłumaczyć. Artystka faktycznie, zaszalała, łamiąc w pewnym stopniu stereotypy muzyki country w podobnym stylu jak Kacey Musgraves na  tegorocznym Same Trailer Different Park. Ashley Monroe jednak wyszło to o wiele lepiej. Jeśli nawet pominiemy kwestię tekstów i skupimy się na samej muzyce, to trzeba przyznać, że to nie mniej wybitna strona Like a Rose. Może i jest lekka i prosta, ale o to właśnie tu chodzi. Wiadomo przecież, że takie proste i przyjemne w odbiorze albumy bardzo trudno się komponuje, a efekty często pozostawiają dużo do życzenia. Tutaj nie ma takiej sytuacji. Like a Rose to album kompletny, na którym nie ma ani jednej słabej piosenki, a klasyczne brzmienie, przy jednocześnie nowoczesnej produkcji dają nam jedną z najciekawszych płyt country tego roku.

Warto posłuchać: “Weed Instead of Roses”, “Used”, “Like a Rose”

14. The Lone Bellow – The Lone Bellow

lbcover

The Lone Bellow było moim pierwszym wielkim odkryciem 2013 roku. Posłuchałem ich płyty dosłownie w drugim tygodniu stycznia i teraz, dokładnie rok później, mam identyczne odczucia jak za pierwszym razem kiedy usłyszałem te utwory. Ich debiutancki album The Lone Bellow to osiągnięcie wybitne, prezentujące zarówno znakomity poziom utworów, wartości artystycznych, świetnie wykonany, pomyślany, jak i wyprodukowany. Folk-rock na najwyższym, światowym poziomie. Serdecznie polecam ich zwłaszcza fanom Mumford & Sons, których same najlepsze cechy reprezentuje to amerykańskie trio. Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, kiedy słucha się tego albumu to perfekcyjnie dobrane wokale. Wszystkich trzech członków zespołu śpiewa, a dwa męskie i jeden damski głos znakomicie się uzupełniają. Oczywiście, lider całego projektu, Zach Williams, przewodzi, ale harmonie, które tworzy cała trójka to jeden z największych plusów płyty. Na The Lone Bellow znajdziemy bardzo dużo ballad, w których muzycy mogą wykazać się wokalnie, ale to nie tylko tym stoją te kompozycje. Same w sobie są świetnie zrobione, bez eksperymentów, wręcz intuicyjne, dzięki czemu bez najmniejszych problemów można posłuchać całości od początku końca, mimo, że nie ma tu ani motywu przewodniego, ani żadnej opowieści. The Lone Bellow to płyta, która zdecydowanie przyniosła mi najwięcej przyjemności ze słuchania bez większego skupiania się, rozmyślania nad tekstami czy strukturą. Po prostu czysta przyjemność ze słuchania.

Warto posłuchać: “The One You Should’ve Let Go”, “You Never Need Nobody”, “Green Eyes And Heart Of Gold”, “Tree to Grow”

13. David Bowie – The Next Day

David Bowie's The Next Day

Wiadomo, największy powrót tego roku, prawdziwa legenda muzyki z nową płytą. Chyba wszystko powiedziano już o tym albumie. Przeważały głosy uwielbienia, chociaż bardzo dużo było też osób pełnych rozczarowania, a wręcz zawiedzenia nowym albumem Davida Bowiego. Tak naprawdę nie wiadomo było czego się spodziewać i oczywiście skończyło się na zaskoczeniu. Bowie nagrał płytę konwencjonalną, bez większych eksperymentów, zwykły rockowy album pełny krótkich i dobrych utworów, z kilkoma, będącymi potencjalnymi singlami. Szczerze mówiąc, to gdyby taki album nagrał jakiś mało znany artysta, to przeszedłby praktycznie niezauważony, ale aura Bowiego zrobiła swoje. Nie ma jednak co krytykować. Płyta jest świetna, mimo to, że nie porywa i nie szokuje. To po prostu świetne utwory, których dobrze się słucha. Klimat jest bardzo specyficzny, który wraz z prostym, rockowym brzmieniem i charakterystycznym wokalem Bowiego tworzy rzecz ciekawą i zastanawiającą. Jako oddany fan Brytyjczyka bardzo czekałem na The Next Day, czekałem na eksperymenty, ale z ręką na sercu muszę przyznać, że nie zawiodłem się. Płyta jest porządna, momentami genialna, skomplikowana i artystycznie zaawansowana przy całym swoim prostym brzmieniu, ale nie daje takiej satysfakcji jak jego największe dzieła. Sam The Next Day uważam za znakomity początek kolejnego etapu kariery wielkiego muzyka, który osiągnie swoją szczytową formę dopiero na następnych płytach.

Warto posłuchać: “The Stars (Are Out Tonight)”, “Where Are You Now?”, “Heat”, “You Feel So Lonely You Could Die”

12. Run the Jewels – Run the Jewels

run-the-jewels-cover-1373904337

Dwóch znanych raperów, Killer Mike i El-P postanowiło odwdzięczyć się swoim fanom i nagrać wspólny, darmowy album. Udostępnili go na stronie, skąd można go ściągnąć za darmo, posłuchać, zachwycać się i ewentualnie kupić jego fizyczną wersję. Skusiłem się, ściągnąłem i posłuchałem. Myślałem, że to będzie kilkanaście minut, nic specjalnego, taki tylko miły gest w kierunku fanów, skończyło się na słuchaniu najlepszego hip-hopowego albumu tego roku. Całość usytuowana jest w hardcore hip-hopie. Zarówno El-P, jak i Killer Mike znakomicie rapują, teksty stoją na wysokim poziomie, ale to, co wybija się na pierwszy plan to wybitne bity, podkłady, które powalają. Każdy utwór ma w sobie coś niezwykłego, nic się nie powtarza, a klimat, który im towarzyszy jest niepowtarzalny. Dawno nie słuchałem albumu, który tak bardzo przypadłby mi do gustu już za pierwszym przesłuchaniem. Nie jest nudno, jest ciekawie i niekonwencjonalnie. Nie ma ani zbytniego wygładzenia, nie ma też gangsterzenia, ani patosu, po prostu czysta energia płynąca z muzyki. Produkcja nie jest może przełomowa, ale na najwyższy, światowym poziomie, co przy bardzo dobrym rapowaniu tworzy produkt, który powinien pozostać w odtwarzaczach na wiele lat.

Warto posłuchać: “Run the Jewels”, “Sea Legs”, “A Christmas Fucking Miracle”

11. Nine Inch Nails – Hesitation Marks

nine-inch-nails-hesitation-marks-album-cover-500x500

Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Nine Inch Nails. Oczywiście, znam ich kanon, słuchałem kiedyś najważniejszych płyt, ale jakoś nigdy nie mogłem się przekonać. Wiadomo, wielki zespół, dzisiaj uważany już za legendarny, ale nigdy nie słuchałem go za dużo. Do ich najnowszego dzieła podchodziłem więc z rezerwą i ciekawością czy uda im się przekonać, na dobrą sprawę nowego słuchacza. Udało się. Trent Reznor ma to do siebie, że tworzy muzykę, od której nie można uciec. Posłuchałem raz tej płyty, później musiałem do niej wrócić kolejny raz i kolejny, aż przesłuchiwałem ją po dwa-trzy razy pod rząd. Teraz wraca już nieustannie, zwłaszcza, że za parę miesięcy udaję się na ich koncert, by usłyszeć Hesitation Marks na żywo. A będzie co usłyszeć. Płyta ta oczywiście spotkała się z lekką krytyką, że niby pozytywny album, że Reznor śpiewa, że przetrwał, że jest dobrze i będzie lepiej, a przecież jak Nine Inch Nails to musi być o bólu, śmierci, depresji itd. Trochę w tym prawdy, ale Hesitation Marks udowadnia, że nawet w takich klimatach Reznor jest genialny. Klimat, charakterystyczny dla NIN został zachowany, płyta jest mroczna, momentami przerażająca, może nie aż tak dołująca, ale na pewno poruszająca i angażująca. Do tego stopnia, że jestem w stanie stwierdzić, że jest to jedna z najlepszych płyt w karierze Trenta Reznora. Struktura, forma, utwory, produkcja, wszystko jest na niesamowicie wysokim poziomie, jak na taką legendę przystało. Wielki powrót do wielkiej formy. Artystyczna uczta w mrocznym i uroczystym wydaniu.

Warto posłuchać: “Copy of A”, “Came Back Haunted”, “Various Methods of Escape”, “While I’m Still Here”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s