The Best of 2013: #30 – #21

30. Iron & Wine – Ghost on Ghost

a3685ade

Ewolucja muzyki Sama Beama, twórcy projektu Iron & Wine jest niesamowita. Zaczynał od nagrywania akustycznych albumów o beznadziejnej jakości dźwięku, ale o genialnych walorach artystycznych. Jakość poszła w górę, doszły kolejne instrumenty, Beam poszedł w stronę rozbudowanych aranżacji, przyszedł rozmach, wpływy jazzowe i popowe brzmienia. To, co wydawało się wybrykiem, udanym, ale wybrykiem na Kiss Each Other Clean, na Ghost on Ghost jest kontynuowane, może z nie tak wielkim sukcesem, ale efekty są bezsprzecznie ciekawe. Długo przekonywałem się do tego albumu, z początku uważałem, że Iron & Wine zawędrował do ślepej uliczki i zaczął powtarzać utarte schematy, ale Ghost on Ghost z każdym przesłuchaniem coraz lepiej wchodzi do głowy. Aranżacje są zachwycające, co tylko podkreśla świetne utwory. Płyty słucha się dobrze jako całości, tworzy solidne dzieło, chociaż jej największym plusem są pojedyncze utwory. Parę z nich wejdzie do kanonu Beama. Sam album może nie jest najlepszy, ale na pewno gwarantuje wiele atrakcji, zwłaszcza dla oddanych fanów Iron & Wine.

Warto posłuchać: “Singers and the Endless Song”, “Grace for Saints and Ramblers”, “Lovers’ Revolution”

29. James Blake – Overgrown

James-Blake-Overgrown-Deluxe-Version-612x612

James Blake mógł popaść w samozachwyt. To, co działo po jego debiucie, wychwalanie bez końca, głosy o wielkim debiucie i stworzeniu klasyków współczesnej muzyki mogły zawrócić mu w głowie. Blake mógł nagrać album podobny, powtarzając sukces i satysfakcjonując fanów. On zrobił jednak coś, czym ogromnie mi zaimponował. Nagrał album odważny. Na Overgrown nie ma prostych rozwiązań, Blake kombinuje, wykorzystuje ryzykowne brzmienia, idzie w kierunku zaskakującym, robiącym ogromne wrażenie. To właśnie za tą odwagę w podjęciu takiej decyzji tak cenię Overgrown. Być może wciąż nie przekonałem się do samego Blake’a jako artysty, debiut wciąż mi się bardzo średnio podoba, ale jego druga płyta to zupełnie inna bajka. Niby stylistyka ta sama, a rozwiązania zupełnie inne. Brak tu wygładzania, półśrodków. James zaszalał i to mu się opłaciło, zdecydowanie. Utwory “Overgrown”, “Retrograde”, “Voyeur” (co za końcówka!) czy “Life Round Here” są tego najlepszym przykładem. Świetna, alternatywna płyta, zrobiona z dużą odwagą, płyta, która wskazuje świetny kierunek młodemu artyście. Oby tak dalej.

Warto posłuchać: “Retrograde”, “Overgrown”, “Life Round Here”, “Voyeur”

28. Parquet Courts – Light Up Gold

parquet-courts-light-up-gold-608x608

Album, który teoretycznie został wydany w sierpniu 2012 roku, ale w 2013 roku wyszedł ponownie, w większej wytwórni, dzięki czemu uwzględniłem go w tym zestawieniu. Musiałem. Jeden z najlepszych debiutów tego roku. Tak naprawdę nie wiem jak nazwać to, co grają Parquet Courts, dużo tu post-punku, punku, garage, indie, zwykłego rocka. Nie lubię przyszywać zespołom łatek w taki sposób, więc powiem tylko, że ta mieszanka punku i okolic jest na tyle specyficzna i charakterystyczna, że od pierwszego przesłuchania wiedziałem, że album ten jest wielkim wydarzeniem. Amerykanie nie grają prosto, kombinują, próbują różnych rozwiązań, przez co Light Up Gold zaskakuje za każdym razem, kiedy jej słucham. Świetne, rockowe granie dla każdej osoby, która lubi, kiedy zespół nie idzie na łatwiznę i pozwala zaszaleć swojej inwencji twórczej.

Warto posłuchać: “Master of My Craft”, “Borrowed Time”, “Stoned and Starving”, “Donuts Only”

27. Fire! Orchestra – Exit!

fire

Dwa utwory. Niecałe 45 minut. 28 muzyków. Istne szaleństwo. Uwielbiam takie projekty, odważne, z rozmachem, niczym nie skrępowane. Saksofonista Mats Gustafsson, basista Johan Berthling i perkusista Andreas Werliin postanowili założyć eksperymentalny zespół Fire!, który zresztą widziałem na żywo, świetna rzecz. Na tym jednak nie skończyli. Założyli orkiestrę, z którą zrealizowali ten niesamowity projekt. Niech was nie zwiedzie nazwa, to nie muzyka klasyczna. Na moje ucho mamy tutaj mieszankę kraut-rocka, metalu, free jazzu, awangardy, wszelakiego rodzaju eksperymentów muzycznych, które razem współtworzą coś niesamowicie chaotycznego, a jednocześnie pięknie usystematyzowanego. Wczesny Neu! i Kraftwerk, troszkę bardziej dziwacznego Zappy, szaleństwa Ornetta Colemana i Coltrane’a, wszystko tu słychać, a do tego genialne i przerażające kobiece partie wokalne. Jeśli ktoś lubi transowe eksperymenty na pograniczu rocka i jazzu, to polecam z całego serca.

Warto posłuchać: “Exit! Part One”, “Exit! Part Two”

26. Daft Punk – Random Access Memories

daftpunkrandom

Bez wątpienia, obok Davida Bowiego, najbardziej oczekiwany powrót tego roku. Na początku wybitna kampania reklamowa, później wybitny singiel “Get Lucky”, czyli bezsprzecznie największy hit tego roku, a wreszcie na koniec pierwszy album studyjny Daft Punk od 2005 roku. Jak to zwykle bywa z takimi powrotami, po premierze uczucia były bardzo mieszane, zwłaszcza, że Francuzi zaszaleli. Postanowili nagrać płytę, która oddawałaby klimat zachodniego wybrzeża USA, żywe instrumenty, disco, funk, subtelna elektronika. Miał być najlepszy dancefloor roku, nie do końca im wyszło. Nie należy jednak mówić, że RAM to zła płyta. Mamy tutaj przebój na przeboju, tylko niestety płyta się niesamowicie dłuży, chwilami wieje nudą, czego najlepszym przykładem jest studyjna wersja “Get Lucky”, która jest nienaturalnie wyciągnięta. Album sam w sobie jest osiągnięciem wielkim, to trzeba przyznać. Daft Punk potrafili stworzyć album, który nie bazuje na samplach, tylko raczej został zrealizowany po to, by został samplowany. Klimat jest niepowtarzalny, mamy tu kilka naprawdę wielkich hitów i wybitnych osiągnięć artystycznych jak nieco pomijane “Giorgio by Moroder”, czy “Doin’ it Right” i “Contact”. Kolejna świetna płyta Daft Punk ze znakomitą atmosferą, ale Homework czy Discovery to nie jest. Album, który niesie ze sobą więcej medialnego szumu jako taki, niż jego zawartość, co nie przeczy, że słucha się tego bardzo dobrze.

Warto posłuchać: “Giorgio by Moroder”, “Get Lucky”, “Instant Crush”, “Doin’ It Right”

25. Veronica Falls – Waiting For Something to Happen

Veronica-Falls-Waiting-For-Something-To-Happen

Płyta, która zachwyciła mnie swoją prostotą. Niby nic wyjątkowego, prościutkie rockowe, spokojne granie. Bez wielkiego szału, stadionów wypełnionych po brzegi, wielkich hymnów czy wyjątkowych eksperymentów. Krótka, 13 utworów, pięknie zrealizowany indie pop, którego wręcz genialnie się słucha. Nie ma tu większej filozofii, bardzo dobre i proste granie. To jednak nie znaczy, że to trzy akordy na krzyż i koniec. Veronica Falls potrafili stworzyć album, który nie zawiedzie fanów starego, dobrego grania, rodem z brytyjskiego podziemia, ale także osoby, które nie miały absolutnie żadnej styczności z tymi klimatami. Przesłuchałem ten album pierwszy raz na początku roku i wracałem do niego dość często na przestrzeni następnych miesięcy. Do tej pory mi się nie znudził mimo braku wielkiej różnorodności czy czegoś niezwykłego. Prostota i przyjemność, płynącą z tej muzyki, zdecydowanie.

Warto posłuchać: “Shooting Star”, “Teenage”, “So Tired”

24. Arctic Monkeys – AM

Arctic-Monkeys-AM

Nie będę już pisał o zachwytach krytyków, zwłaszcza brytyjskich krytyków nad tą płytą. Że najlepsza w historii zespołu, że jedno z największych dokonań w historii muzyki XXI wieku itd. Oczywiście po tylu świetnych nagraniach, jakie ostatnio zaserwowali nam panowie, nadzieje były ogromne. W końcu nie każdego dnia dostaje się tak wybitne dwa single jak “Do I Wanna Know?” i “R U Mine?”. Powiem szczerze, że te dwa utwory ewidentnie wybijają się na tle reszty, bardzo dobrych, ale nie tak genialnych utworów. Sam troszeczkę się zawiodłem. Nie to, że wcale mi się nie podoba, bo gdyby tak było, to AM nie zajmowałaby tak wysokiego miejsca na tej liście, ale po prostu czegoś mi tu brakuje. Mimo wszystko, najnowszy album Arcitc Monkeys to zdecydowanie najlepsza płyta od czasu ich debiutu. Bardzo ciekawa jest też ewolucja ich stylu, od lekkiego indie, do coraz mocniejszych brzmień, co akurat traktuje za ogromny, ogromny plus. Bardzo dobra płyta, momentami genialna. Szkoda, że tylko momentami.

Warto posłuchać: “R U Mine?”, “Do I Wanna Know?”, “Arabella”, “Mad Sounds”

23. Deafheaven – Sunbather

deafheaven-sunbather-1376335512

Najlepsza metalowa płyta roku. Bez żadnego wątpienia. Jest w niej coś, co przyciąga. Kiedy czytałem recenzje, to spotkałem się z taką wypowiedzią, że swoim rozmachem i wykonaniem może dorównać tylko zeszłorocznemu The Seer Swans, przez co, podobnie jak ta płyta, zachęca, żeby zapoznały się z nią także osoby, które w ogóle nie mają do czynienia z metalem. To chyba najlepsza rekomendacja Sunbather. Genialna płyta, która hipnotyzuje i przekonuje od pierwszych minut, a dalej jest już tylko lepiej. Utwory są przerażające, piękne, rozbudowane, głębokie, pełne niesamowitych pejzaży dźwiękowych (“Please Remember”, coś nie do opisania). Album jest długi, siedem utworów, niespełna godzina metalu, post-metalu, shoegaze i przede wszystkim wpływów black metalu. Dla niewprawionego ucha może to być nieco trudna wyprawa, ale naprawdę warto ją podjąć. Niezapomniane wrażenia gwarantowane.

Warto posłuchać: “Vertigo”, “Sunbather”, “Dream House”

22. Janelle Monae – The Electric Lady

JANELLE-MONAE-ELECTRIC-LADY-e1376434058729

To, że Janelle Monae ma potencjał, było wiadomo od premiery jej pierwszej EPki w 2008. Debiut to tylko potwierdził, ale to co się dzieje na The Electric Lady to coś, co bezsprzecznie bije wcześniejsze dokonania. Co za flow, co za rytmy, co za wyczucie, co za wykonanie. Pani Monae staje się jedną z najlepszych afroamerykańskich wokalistek na świecie. Szalenie żywiołowa na scenie, a na płycie wcale nie jest słabiej. Album czerpie z RnB cały garściami, ale jest tu też dużo funku, wpływów Minneapolis Sound, hip-hopu. Radość i życie bije z głośników przez całość The Electric Lady. Krążek pomyślany jest jako kolejna część wielkiego concept albumu, więc jeśli skupimy się na jego konstrukcji, to tym bardziej będzie on sugestywny i jeszcze przyjemniejszy w odbiorze. Jedna z najfajniejszych, najbardziej żywiołowych płyt tego roku, album, podczas którego od razu chce się wstać i tańczyć.

Warto posłuchać: “Dance Apocalyptic”, “Give Em What They Love”, “Q.U.E.E.N.”

21. Alela Diane – About Farewell

alela-diane-about-farewell

Przepiękna płyta, cóż można więcej dodać. Było parę tygodni w tym roku, że słuchałem jej bez przerwy, po kilka razy pod rząd. Naprawdę warto. Ta płyta porusza. Aleli Diane po raz kolejny udało się stworzyć, być może skromne w środkach, ale przepięknie zrealizowane dzieło. Minimalistyczne aranżacje tworzą na About Farewell niepowtarzalny klimat, który można spotkać tylko na niewielu z kilkudziesięciu znaczących folkowych płyt, mających premierę w tym roku. Jeśli kogoś jeszcze nie przekonałem tymi paroma zdaniami, to dodam, że to bezsprzecznie najrówniejszy, a co za tym idzie najlepszy album w karierze amerykańskiej artystki. Na About Farewell nie znajdziemy rewolucji, przełomu, eksperymentów, niczego przełomowego ani nowego. Znajdziemy za to piękno i dużo emocji. Po to takie płyty wychodzą, po to, żeby poruszać.

Warto posłuchać: “The Way We Fall”, “About Farewell”, “Black Sheep”, “Colorado Blue”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s