The Best of 2013: #40 – #31

40. Low – The Invisible Way

Low - The Invisible Way

W przypadku tej płyty “atmosfera” to kluczowe słowo. Low, będący jednym z najważniejszych reprezentantów slowcore nagrali płytę, która porusza, wpędza w dół, przygnębia, czyli robi dokładnie to, czego mogliśmy po nich spodziewać. Nie jest to ich najlepsza płyta jako całość, nie jest też jakimś wybitnym osiągnięciem w tym nurcie, ale za to jest w niej coś, co przyciąga i sprawia, że jest tak niesamowicie interesująca. To coś, to wspomniana wcześniej atmosfera, klimat panujący na The Invisible Way, który w taki sposób potrafi budować tylko niewielka grupka zespołów na świecie. Low udowadnia to płytą, że  zasłużenie zajmuje miejsce panteonie jednych z największych sadcore’owych zespołów wszech czasów. Jeśli macie gorszy humor, albo jesteście w dołku, nie puszczajcie tej płyty, ale jeśli szukacie niepowtarzalnej atmosfery na długie, zimowe wieczory, czemu nie?

Warto posłuchać: “Amethyst”, “Holy Ghost”, “Just Make It Stop”

39. Eleanor Friedberger – Personal Record

eleanor

Jeśli myślicie, że czeka was kolejna dawka psychodelii i szalonego eksperymentu spod znaku The Fiery Furnaces to możecie się porządnie zdziwić. Friedberger rozpoczynając swoją solową karierę postanowiła pójść w mniej ekstrawaganckie rejony, alternatywny pop, indie pop. To oczywiście nie świadczy o tym, że teraz jej kariera stałą się nudna, czy gorsza. Personal Records to album pełny dobrych utworów, które co prawda są nieco podobne do siebie, ale jako całość tworzą zbiór utworów, które zasługują na uznanie. Eleanor Friedberger mogła zaszaleć kompozycyjnie, tworząc muzykę, która jest teoretycznie prosta, ale sugestywna i przemawiająca do wymagającego słuchacza. Płyta, będąca kolejnym ważnym krokiem w jej karierze, której po prostu świetnie się słucha. Znajdziecie tu też dużo piosenek, które mogą zapaść wam w pamięć, chociaż największym plusem Personal Record jest to, że słucha się jej z ogromną przyjemnością i bez wielkiego skupienia, dla siebie.

Warto posłuchać: “She’s A Mirror”, “I Don’t Want to Bother You”, “Other Boys”

38. Foals – Holy Fire

Holy_Fire_II

Nigdy nie byłem fanem Foals, co więcej, bardzo sceptycznie podchodziłem do ich wcześniejszych nagrań, może poza kilkoma piosenkami. Nic dziwnego więc, że za Holy Fire zabrałem się z ogromnym dystansem, zakładając, że może, jakimś cudem mi się spodoba. Tak też się stało. Znakomity początek płyty przekonał, przesłuchałem do końca i doszedłem do wniosku, że Foals wreszcie przemówili do mojego gustu. Płyta może nie jest równa, im dalej tym forma nieco spada, ale początek jest na tyle mocny, że naprawdę warto posłuchać całości. Album, którego bardzo dobrze się słucha, który ma w sobie piosenki, mające zarówno potencjał na ogromne przeboje, jak również zaawansowanie artystycznie. W pamięci zwłaszcza zapadł mi utwory  “Inhaler” i “My Number”, które jak dla mnie są jednymi z najlepszych reprezentantów najfajniejszych alternatywnych przebojów tego roku.

Warto posłuchać: “Inhaler”, “My Number”

37. Steven Wilson – The Raven That Refused To Sing (And Other Stories)

Album-cover-with-title

Po fantastycznym Grace for Drowning sprzed dwóch lat, Stevenowi Wilsonowi znowu udało się nagrać znakomity solowy album. Tylko sześć utworów, nieco ponad 54 minuty muzyki, ale w sumie czego można było się spodziewać po tak typowym i jednoznacznym rocku progresywnym. To jednak nie zmienia faktu, że The Raven That Refused to Sing (And Other Songs) to album wyjątkowy. Nie brakuje mu oczywiście rozmachu i ogromnych narracji, podniosłych tekstów, wielkich dramatyzmów i niebotycznych aranżacji, czyli wszystko co najbardziej lubimy u Wilsona. Mogłoby się wydawać, że takie zabiegi mogą być przesadne i przytłaczać, ale założycielowi Porcupine Tree uda się tego uniknąć, zachowując przy okazji wszystkie największe zalety albumu spod znaku klasyki muzyki progresywnej. Wielka płyta, godny następca wybitnego Grace for Drowning, każdy fan King Crimson czy Yes powinien być zachwycony już po pierwszym przesłuchaniu, ja byłem.

Warto posłuchać: “The Holy Drinker”, “The Raven That Refused to Sing”

36. Colin Stetson – New History Warfare Vol. 3: To See More Light

Colin_Stetson_-_New_History_Warfare_V3

Mogłoby się wydawać, że płyta nagrana w większości przy użyciu jednie saksofonu i głosu może być… ciężkostrawna, niemożliwa wręcz do słuchania albo po prostu nudna. Colin Stetson na New History Warfare Vol. 3: To See More Light udowadnia, że można stworzyć absolutne cuda przy środkach sprowadzonych do absolutnego minimum. Jego najnowsza płyta oczywiście jest eksperymentem, ale z utworu na utwór zapomina się o jej charakterze i słucha się jej z niesamowitą przyjemnością i świadomością o rozmachu, ambicji tego projektu. Stetson to wzięty muzyk sesyjny, który swoją solową karierą pokazuje jak dużo można wykrzesać z saksofonu i jak dużo pięknych rzeczy przy okazji może ujrzeć światło dzienne. Na albumie jest 11 znakomitych kompozycji, oczywiście punktem kulminacyjnym jest ponad 15-minutowy utwór tytułowy “Too See More Light”, który ukazuje prawdziwy geniusz Stetsona. Płyta, która zdumiewa i zaskakuje swoim pięknem, tworzonym przy tak niewielkim instrumentarium.

Warto posłuchać: “Too See More Light”, “Who the Waves Are Roaring For”, “Part of Me Apart From You”

35. Julia Holter – Loud City Song

Julia-Holter-Loud-City-Song

To nie jest prosta płyta. Julia Holter na Loud City Song pobiła samą siebie w zaawansowaniu kompozytorskim, za czym na szczęście poszła jakość. Płyta jest znakomicie zrobiona, utwory świetnie pomyślane i wykonane. Jej ogromnym plusem jest to, że przy tych wszystkich artystycznych uniesieniach, nie brakuje temu albumowi miejsca na oddech i lekkości słuchania. Tak było zresztą na każdym z krążków, które Julia wydawała wcześniej, ale tym razem zdecydowanie osiągnęła szczyt. Posypały się genialne oceny krytyków, przez co na wielu listach, które podsumowują rok znajduje się na wyższych pozycjach. Przyznaję się, że to właśnie przez te wysokie oceny w ogóle zacząłem jej słuchać, ale na pewno było warto. Loud City Song to jedna z ciekawszych alternatywnych płyt tego roku, wydanych przez kobietę. Świetny wokal, produkcja, odwaga w komponowaniu i zamysł artystyczny tego projektu zasługuje na oklaski.

Warto posłuchać: “Maxim’s I”, “Horns Surrounding Me”

34. Elvis Costello & the Roots – Wise Up Ghost

Elvis-Costello-and-The-Roots-Wise-Up-Ghost

Kiedy dwie legendy nagrywają wspólny album to mogą z tego wyjść same ciekawe rzeczy. I wyszły. Mimo to, że twórcy mają na swoim koncie w sumie kilkadziesiąt albumów i długie lata kariery, to Wise Up Ghost brzmi bardzo świeżo i zachęcająco. Nie ma tu większej filozofii, dwóch znajomych spotkało się, by nagrać wspólnie kilkanaście piosenek, nie znajdziecie tu żadnej większej koncepcji, ot zbiór utworów, wydanych pod wspólnym szyldem. Taki zabieg oczywiście nie działa na niekorzyść wydawnictwa, utwory same są bardzo dobre, fajnie się ich słucha, a głos i gitara Costello świetnie współgra z nowoczesnym podejściem The Roots. Dla zainteresowanych, hip-hopu tu nie znajdziecie, a raczej rock z elementami funku, rnb, bluesa, bardzo specyficzna mieszanka. Być może rozmach całego dzieła, na który składa się 15 utworów, trwających w sumie około godziny troszkę przytłacza, mając w pamięci, że każdej piosenki słucha się osobno, a nie albumu jako całości, ale to już taka moja mała fanaberia. Album jako całość jest świetny i znakomicie pokazuje jak dwie artystyczne legendy mogą stworzyć nagranie świeże i z klasą.

Warto posłuchać: “Walk Us Uptown”, “Refuse to Be Saved”, “Wise Up Ghost”

33. Eminem – The Marshall Mathers LP2

Eminem-The-Marshall-Mathers-LP2-2013-Full-Album

Po tak absolutnie genialnych singlach jak “Berzerk”, “Survival” i przede wszystkim “Rap God”, można było spodziewać naprawdę znakomitej rzeczy po Eminemie. Serce mi krwawi, że na całość nie mają podobnej jakości, chociaż bity i forma Eminema mimo to stoją na niesamowicie wysokim poziomie. The Marshall Mathers LP2 jest lepszy od dwóch poprzednich krążków rapera z Detroit, ale trzeba otwarcie powiedzieć, że to nie osiągnięcie, na które liczyliśmy. Całość to aż 16 utworów, które zajmują ponad 78 minut muzyki. Strasznie, strasznie długo, przez co pod koniec już nieco się dłuży. Gdyby była połowa krótsza, 9-10 utworów, bez tylu wypełniaczy… Tak czy inaczej, płyta jest świetna i znajdziemy na niej wiele hip-hopowych pereł, nie tylko wśród singli. “Rap God” to oczywiście punkt centralny całego krążka, wokół którego zbudowana jest reszta. Wielka szkoda, że “The Monster” ze swoim komercyjnym potencjałem przyćmił resztę, która jest o wiele bardziej wartościowa. The Marshall Mathers LP2 nie jest w żaden sposób albumem eksperymentalnym i przełomowym, na który wiele osób, w tym ja, liczyło. Klasyczny Eminem w znakomitym wydaniu, który stworzył swoją najlepszą płytę od wielu, wielu lat.

Warto posłuchać: “Rap God”, “Berzerk”, “Bad Guy”, “Rhyme or Reason”

32. Elton John – The Diving Board

elton

Zawsze w przypadkach kiedy takie wybitne osobistości nagrywają nowe płyty, trzymam kciuki, żeby poszły w odważnym kierunku, stworzyły coś wybitnego i niecodziennego. Zdarzało się tak już w przeszłości, więc czemu nie w przypadku Eltona. “Home Again”, który był pierwszym singlem, zapowiadał, że trzydziesty album studyjny brytyjskiego muzyka może być fantastycznym spełnieniem tego marzenia. Po pierwszym przesłuchaniu uczucia były mieszane, ale za każdym następnym razem było coraz pozytywniej. Przede wszystkim struktura płyty jest tu bardzo dobrze pomyślana, podział na cztery części rozdzielone instrumentalnymi wstawkami ułatwia przyswojenie całości. Kompozycje mają swoje wzloty i upadki, ale ogólna jakość jest wysoka, jak na taką postać przystało. Nie ma tu żadnej rewolucji, jedyna niecodzienność polega może na tym, że aranżacje są nieco bardziej stonowane i akustyczne, co jeszcze tylko dodaje wyrazu do całości. The Diving Board jest godne legendy, z takim dorobkiem na koncie, album, z którego fenomenalnie się słucha.

Warto posłuchać: “Home Again”, “The Diving Board”, “Oceans Away”

31. The Mavericks – In Time

mavericks-in-time

Wielki powrót amerykańskiej gwiazdy country, a w zasadzie stylu nazywanego Tex-Mex, charakterystycznego dla pogranicza amerykańsko-meksykańskiego. Taką muzykę wykonuje się przede wszystkim w Teksasie, chociaż grupa The Mavericks, pochodząca z Miami, jest tu wyjątkiem i jednocześnie jednym z najważniejszych przedstawicieli tego stylu. Wyobraźcie sobie mariachi i akompaniujący im nowoczesny zespół z wpływami country, to dostaniecie najnowszy album The Mavericks. Oczywiście, można ją przyjąć z lekkim uśmiechem na twarzy, traktować nieco żartobliwie, ale jest to wybitne dzieło. 24 lata kariery robią swoje, panowie wiedzą co robią i robią to świetnie. In Time jest lekkie, przebojowe, strasznie chwytliwe, radosne, czysta przyjemność ze słuchania, płyta, która wchodzi do głowy od pierwszego przesłuchania. Muszę koniecznie podkreślić tu utwór kończący płytę, czyli “Call Me When You Get to Heaven”, prawie 9-minutową kompozycję, niesamowicie rozbudowaną, genialnie wykonaną, która zachwyca i zaskakuje swoim rozmachem. Jak cała płyta. Świetny album.

Warto posłuchać: “Come Unto Me”, “Call Me When You Get to Heaven”, “Back in Your Arms Again”

Miejsca od #30 do #21: 29 grudnia.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close