The Best of 2013: #50 – #41

Na samym początku chciałbym jeszcze raz podkreślić, że jest to niesamowicie subiektywna lista, lista 50 albumów, których najlepiej mi się słuchało. W moim odczuciu są to najbardziej wartościowe płyty roku, zarówno pod względem przyjemności płynącej ze słuchania, jak i walorów artystycznych. Niezwykle subiektywna lista wydawnictw, które polecam z całego serca. Jeśli nie mieliście okazji przesłuchać którejś z nich, to jest czego żałować. Chce jednocześnie zaznaczyć, że układanie na konkretnych miejscach danych albumów jest niesamowicie trudne, więc jest to raczej zestawienie albumów, które z całego serca polecam posłuchać, a ich wartościowanie jest tu minimalne i bardzo subiektywne.

Zachęcam do czytania i słuchania!

50. Laura Veirs – Warp & Waft

Laura Veirs - Warp & Weft

Laura Veirs po raz kolejny pokazała, że stać ją na bardzo dużo. Warp & Weft to zdecydowanie jedno z najciekawszych indie folkowych wydawnictw tego roku. Nie ma tu jednak w żadnym stopniu jakiegoś szaleństwa, przełamywania barier, tworzenia nowych kierunków czy gatunków. Na płycie znajdziemy za to 12 porządnych kompozycji, które najzwyczajniej w świecie trzymają wysoki poziom. Album nie jest nudny, piosenki są zróżnicowane i pełne interesujacych aranżacji. Po dwóch spokojniejszych płytach, w tym absolutnie genialnym July Flame, Veirs powraca do przesterów, co jeszcze bardziej dodaje smaku całości. Lawirowanie między spokojnymi i ostrzejszymi klimatami nie pozwala słuchaczowi na znudzenie, a takie utwory jak “Finister Saw the Angels” czy “Shape Shifter” tylko potwierdzają, że to album warty docenienia.

Warto posłuchać: “Shape Shifter”

49. Goldfrapp – Tale of Us

goldfrapp-tales-of-us

Duet Goldfrapp powrócił do bardzo spokojnych klimatów. Przepiękny album wypełniony po brzegi balladami i kojącymi, ale momentami przerażającymi kompozycjami. Płyta, której można słuchać z niesamowitą przyjemnością, dla odprężenia, ale jeśli ktoś chce sobie poprawić humor, to niech lepiej jej nie puszcza. Będąc ogromnym fanem Seventh Tree, musiałem docenić ten album. Może nie pobił tego wielkiego dokonania z 2008 roku, ale w atmosferze i ogólnym klimacie, który towarzyszy utworom i ich słuchaniu na pewno zasługuje na wielkie brawa. Jedyne słowa krytyki, które można wystosować wobec Tale of Us odnoszą się do tego, że album niestety nie zapada w pamięć. Płyty słucha się pięknie, ale w całości jest dość ciężka do przebrnięcia, przez co później nie ma wielkiej chęci do kolejnego przesłuchania. To jednak nie zmienia faktu, że płyta jest naprawdę wielkim osiągnięciem Goldfrapp i będzie stanowić kanon ich twórczości. Wytworna, rozbudowana i zaawansowana kompozycyjnie płyta.

Warto posłuchać: “Drew”, “Jo”

48. Cage the Elephant – Melophobia

Melophobia

Po prostu znakomite, rockowe granie. Jeśli chcecie posłuchać kilkudziesięciu minut prostego, rockowego grania to zdecydowanie polecam Melophobię. Nie podchodziłem do tego albumu z jakimiś wielkimi nadziejami, ot kolejny alternatywny zespół próbuje swoich sił, mieli parę przebojów na swoim koncie, ale bez szału. Po przesłuchaniu stwierdzam jednak, że zawartość albumu jest na tyle dobrze pomyślana, dobrze wyprodukowana, dobrze zrealizowana, a przy tym na tyle świetnie się tego słucha, że należy się jej duże uznanie. Dziesięć utworów, które co prawda nie tworzą jakiejś spójnej całości czy nie niosą ze sobą wielkich i przełomowych treści, ale tworzą jedno z najmilszych zaskoczeń tego roku.

Warto posłuchać: “Come a Little Closer”, “It’s Just Forever”

47. Haim – Days Are Gone

HAIM-DAYS-ARE-GONE

Zespół, nad którym zachwycała się połowa świata muzyki alternatywnej w tym roku. Faktycznie, siostry z Los Angeles faktycznie zaserwowały nam kilka fantastycznych singli, z “Falling” na czele. Trzeba przyznać, dziewczyny znakomicie trafiły w światowe trendy, które stanowiły w tym roku połączenie sentymentów względem lat 90., wpływów RnB, lekkich gitar, wpływów dream popu itd. Przyznaję, nie byłem i wciąż nie jestem wielkim fanem tego zespołu, ale jednocześnie nie da się zaprzeczyć, że płytę udało im się nagrać bardzo dobrą. Na pewno nie zasługuje ona na pierwsze miejsca w podsumowaniach roku, ale wartości artystycznej tej płyty nie można Haim odmówić. Porządne utwory, świetnie wykonane, a przy tym bardzo sugestywna, ciekawa i przyjemna dla ucha produkcja złożyły się na ich sukces. Bardziej mnie ciekawi, co dziewczyny zrobią na drugim albumie. Co by nie mówić, start, zarówno marketingowy, komercyjny, jak i artystyczny miały bardzo dobry.

Warto posłuchać: “Falling”, “Don’t Save Me”

46. Lee Ranaldo and the Dust – Last Night On Earth

LeeRanaldoAndTheDust_LastNightOnEarth_608x608

Jeden z tegorocznych przykładów na płytę, która została zjechana z góry na dół za to, że zżyna z klasyki. Lee Ranaldo, gitarzysta Sonic Youth, postanowił nagrać album, który będzie ewidentnie nawiązywał do twórczości jego macierzystego zespołu. Zabieg ryzykowny, ale opłacił się. Album co prawda został strasznie skrytykowany, że nie wnosi nic nowego, ale kompozycyjnie jest niesamowicie dobry. Może nie mógłby być traktowany jako jedno z najważniejszych osiągnięć Sonic Youth, ale jest to na pewno jedno z najfajniejszych płyt alternatywnych tego roku. Jest ściana dźwięku, są niezliczone ścieżki gitar, jest dużo rzężenia, hałasu, pisków, trzasków, a przy tym mamy tu bardzo dużo znakomitych melodii, godnych gitarzysty legendarnego zespołu. Trzeba odrzucić bagaż doświadczeń, związanych ze słuchaniem płyt Sonic Youth i podejść obiektywnie do Last Night On Earth, by ujrzeć jej ogromną wartość.

Warto posłuchać: “Lecce, Leaving”, “The Rising Tide”

45. These New Puritans – Field of Reeds

these-new-puritans-field-of-reeds

Przyznaję, że moją przygodę z Field of Reeds rozpocząłem od genialnego singla “Fragment Two”. Zainteresowany tym, trzeba przyznać, wielkim osiągnięciem w karierze These New Puritans postanowiłem się skierować do całej płyty, myśląc, że spotkam tam podobną muzykę. Wielkie było moje zaskoczenie, kiedy dostałem do rąk świetną, ale praktycznie w całości eksperymentalną płytę. Trzeba mieć cierpliwość, żeby przebrnąć przez te dziewięć utworów, ale na pewno warto. Album jest bardzo dobrze pomyślany, od początku do końca słychać pewną ideę, zamysł artystyczny, który przyświecał These New Puritans. Do Field of Reeds trzeba podejść nastawionym na przeżycie artystyczne, estetyczne, a nie na czystą przyjemność płynącą z dźwięków. Mi osobiście słuchanie takich albumów bardzo odpowiada, w pewien sposób poszerza moje horyzonty artystyczne. These New Puritans niesamowicie mi zaimponowali Fields of Reeds. Na pewno będę wracał do tej płyty, rzadko, ale będę wracał, po emocje, towarzyszące ambitnemu, robiącemu wrażenie albumowi.

Warto posłuchać: “Fragment Two”, “V (Island Song)”

44. St. Lucia – When the Night

St-Lucia-When-The-Night

Co z tego, że St. Lucia nagrał album, w którym praktycznie ukradł wszystkie patenty na robienie najlepszego na świecie dream popu od genialnego M83, co z tego, że takich płyt wyszły w tym roku dziesiątki, na fali wielkiej popularności tego stylu, co z tego, że nic nowego w tym temacie nie zrobił. Jean-Philip Grobler, który ukrywa się pod pseudonimem St. Lucia, na swoim When The Night wyciągnął z dream popu to co najlepsze i umieścił w 11 pięknych utworach. Oczywiście, jak to często bywa w takich przypadkach, album momentami ociera się o monotonność, by minutę później oczarować bardzo dobrymi pomysłami na utwory. Przyznam się, że przez chwilę album ten był nawet w pierwszej 20tce płyt roku. When The Night ma przebłyski geniuszu. To płyta, która naprawdę godnie przygotowuje do niesamowicie wyczekiwanego, nowego albumu M83. Nie ma co jednak spłaszczać projektu St. Lucia tylko do porównań do Anthony’ego Gonzaleza. Sam w sobie jest bardzo wartościowy i na pewno nie należy go pominąć na liście najciekawszych wydawnictw tego roku.

Warto posłuchać: “Elevate”, “The Night Comes Again”, “Too Close”

43. Boards of Canada – Tomorrow’s Harvest

boards-of-canada_tomorrows-harvest-608x608

Chyba jeden z najbardziej wyczekiwanych powrotów tego roku, przynajmniej jeśli chodzi o świat elektroniki. Tym bardziej, że przed albumem zaserwowali tak znakomity singiel jak “Reach for the Dead”. Szkocki duet wrócił z albumem monumentalnym, który robi wrażenie nawet na osobach, które jako tako z elektroniką nie mają za dużo do czynienia. Mi osobiście  Tomorrow’s Harvest słuchało się raczej jak ścieżki dźwiękowej do jakiegoś filmu. Świetne pejzaże dźwiękowe, kunsztowna produkcja, a jednocześnie oldschoolowe brzmienia. Wszystkie te elementy składają się na ambitny projekt, który co prawda nie jest łatwy w odbiorze, ale na pewno robi wrażenie, zwłaszcza jeśli słucha się go w całości. Na uwagę zasługuje także duża ilość utworów, a jest ich aż 17 na płycie, przez co rzeczywiście jest tu niesamowita różnorodność. Czasami jednak skutkuje to wrażeniem zbyt dużego rozbicia, ale klasa płyty to rekompensuje. Niełatwa lektura, ale warto podjąć ten trud.

Warto posłuchać: “Reach for the Dead”, “Nothing is Real”

42. Factory Floor – Factory Floor

factory-floor-factory-floor-940x940

Debiutancki album brytyjskiego zespołu, który już od jakiegoś czasu wypracowywał sobie rangę znaczącej grupy na światowej scenie elektronicznej. To nie jest zwykła elektronika, jednostajny rytm przez kilkadziesiąt minut i tyle. Factory Floor udało się podczas tych 10 utworów stworzyć muzykę, która niesamowicie wciąga, ma w sobie coś, co nie pozwala jej wyłączyć. Trans to mało powiedziane. Wkręcające rytmy, bardzo rozbudowane użycie perkusji i sampli, przy jednoczesnym unikaniu basu i rozmytym wokalu, na który nałożony jest charakterystyczny delay i reverb, sprawiają, że płyta staje się jednym z najciekawszych i najbardziej rozpoznawalnych rozwiązań w muzyce elektronicznej tego roku. Strasznie żałuję, że nie widziałem ich na żywo, bo ponoć dają niesamowite koncerty. Kiedy ktoś nagrywa takie płyty, na dodatek przy pomocy legendarnej już wytwórni DFA, to musi to być coś.

Warto posłuchać: “Here Again”, “Two Different Ways”

41. The Knife – Shaking the Habitual

the_knife_shaking_the_habitual_artwork_2013

Już przed premierą album okrzyknięty jako murowany kandydat do płyty roku. Pierwszy singiel, “Full of Fire” zachwycił praktycznie wszystkich. Nadzieje były ogromne. Po premierze cały świat muzyczny podzielił się na obóz wielbicieli odważnego kursu, który objął szwedzki duet i ostrych krytyków, którzy uważali Shaking the Habitual za przeintelektualizowane i nadambitne dzieło dla masochistów. Je jestem gdzieś pośrodku. “Full of Fire” razem z “A Tooth For An Eye” to genialne utwory, które świetnie otwierają ten album, później niestety jest już nieco słabiej, zwłaszcza na drugiej płycie. Shaking the Habitual może i jest wręcz niewiarygodnie dobrze wyprodukowana, każda nutka przemyślana, wszystko tu gra z matematyczną dokładnością, ale jednocześnie wydaje mi się, że The Knife troszkę przesadzili z ambicją. Dawno nie słuchałem tego albumu, może gust mi się jeszcze zmienił, ale jak dla mnie ponad półtorej godziny bardzo, ale to bardzo ciężkiej elektroniki to za dużo. Ciekawostką na marginesie może być fakt, że sam słuchałem tej płyty, grając w pierwszą część Half-Life. Polecam, niewiarygodne przeżycie. To jednak nie zmienia faktu, że za dużo przyjemności ze słuchania tych utworów nie ma, mimo (podkreślę to jeszcze raz) niewiarygodnego poziomu artystycznego, który sprawia, że jest to jedno z najważniejszych, najodważniejszych i najbardziej interesujących płyt roku.

Warto posłuchać: “Full of Fire”, “A Tooth For An Eye”, “Wrap Your Arms Around Me”

Miejsca od #40 do #31: 27 grudnia.

2 comments

  1. “Panom udało się podczas tych 10 utworów stworzyć muzykę (…)”
    Factory Floor misiu to trio składające się z jednej pani i dwóch panów, polecam research przed pisaniem.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s