What is this shit, really?

O Bobie Dylanie napisano chyba już wszystko, co tylko było można. Na jego temat powstaje mnóstwo książek i prac naukowych, odbywają się konferencje, omawiające jego dorobek oraz miejsce w historii amerykańskiej muzyki i literatury. Dylanologia kwitnie. Wszyscy wiemy jak wielką postacią w historii USA jest ten człowiek, jak wiele legendarnych płyt nagrał. Jego wkład w kulturę przekracza jego dokonania studyjne i niejednokrotnie zahacza o takie obszary jak jego słynne, przełomowe wręcz koncerty oraz całe sesje nagraniowe. Po Internecie krążą całe tony nieopublikowanych materiałów, które dokumentują te wydarzenia, a oddani fani zasłuchują się w nich już od wielu lat. W 1991 roku postanowiono w pewien sposób nadać im realną, oficjalną formę, co zapoczątkowało The Bootleg Series, którego najnowsza, bardzo kontrowersyjna i niejednoznaczna odsłona, będzie miała swoją premierę już 27 sierpnia 2013 roku.

Od samego początku wydawnictwa te cieszyły się ogromną popularnością wśród zagorzałych fanów Dylana, jak również były cenione przez krytyków z całego świata. Uznanie recenzentów bardzo dobrze reprezentują oceny wystawione przez serwis allmusic.com, gdzie tylko 2 albumy na 9 do tej pory wydanych uzyskały notę niższą niż 9 (w 10 punktowej skali). Niepublikowane nagrania bardzo często nadawały dodatkowego kontekstu albumom, w czasie nagrywania których były rejestrowane. Pokazywały także nieznane oblicza muzyka, ujawniały kolejne znakomite utwory, lub alternatywne wersje tych już bardzo dobrze znanych.

Pierwsze trzy części serii, wydane jednocześnie w 1991 roku, były próbą stworzenia bardzo ogólnej kompilacji utworów, zarejestrowanych w latach 1961-1991. Ich podtytuł Rare & Unreleased, idealnie oddaje zamysł idei, przyświecającej całemu przedsięwzięciu. Na czwartą część (1998 rok) składał się zapis legendarnego koncertu Dylana w Royal Albert Hall, z 1966 roku, kiedy to przed ostatnią piosenką jeden z widzów wykrzykuje w kierunku artysty słowo „Judasz!”, co reprezentowało poglądy fanów wczesnego Dylana, który po 1966 roku miał „zdradzić” muzykę folkową na rzecz elektrycznego rocka. Występ został wówczas nagrany, ale jego oficjalna wersja nigdy nie ujrzała światła dziennego, a jedynie krążyła między fanami w formie bootlegu. Dopiero 32 lata później, właśnie w formie The Bootleg Series, koncert w odnowionej wersji mógł trafić do rąk słuchaczy. Jednocześnie, Bob Dylan Live 1966, The “Royal Albert Hall” Concert jest dziś uważany za najlepszą część całej serii. Piąty wolumin (2002 rok) idzie niejako w ślady swojego poprzednika, prezentując trasę koncertową o nazwie „Rolling Thunder Revue” z 1975 roku, która do momentu publikacji tego albumu nie była w żaden sposób udokumentowana, poza średnio przyjętą płytą Hard Rain z 1976 roku. Kolejny istotny koncert został zapisany na szóstej części cyklu (2004 rok), czyli halloweenowy występ z 1964 roku, który oddaje klimat wczesnego, buntowniczego Dylana, wykonującego protest songi, śpiewającego o prawach obywatelskich i ruchu antywojennym. W 2005 roku nastąpił zwrot w The Bootleg Series zarzucono pomysł wydawania koncertów i jako siódmą część postanowiono wydać ścieżkę dźwiękową z opowiadającego o Dylanie filmu dokumentalnego No Direction Home autorstwa Martina Scorsese. Równo trzy lata później w pełni wrócono do formy wydawania rzadkich i niepublikowanych utworów, zarówno tych studyjnych, jak i koncertowych. Ósma część The Bootleg Series to niepublikowany wcześniej materiał z lat 1989 – 2006, który w większości stanowią kompozycje z sesji nagraniowych albumów Oh Mercy, World Gone Wrong i, dwóch z trzech albumów wchodzących w skład tzw. „Nowej Trylogii Dylana”, Time Out of Mind oraz Modern Times. Jest to kompilacja, która ze wszystkich części jak do tej pory odniosła największy sukces komercyjny. W 2010 roku wydano ostatni element serii, The Witmark Demos: 1962-1964, na której to płycie można znaleźć Dylana ze swojego bardzo wczesnego okresu, śpiewającego tylko z pomocą gitary i harmonijki.

Trzy lata później postanowiono, że nadszedł czas na kolejną część. Dokładnie za tydzień, 27 sierpnia 2013 roku światło dzienne ujrzy wydawnictwo, które wyróżnia się na tle wszystkich poprzednich i wzbudza prawdopodobnie najwięcej emocji od czasu publikacji koncertu z 1966 roku. Na dziesiąty wolumin składać się będzie niepublikowany materiał z sesji nagraniowych do Self Portrait oraz New Morning, dwóch albumów z 1970 roku, które wzbudziły niesamowicie dużo kontrowersji już podczas swojej premiery.

Bob Dylan po serii niewiarygodnych sukcesów swoich płyt lat 60. oraz zyskaniu miana „głosu pokolenia” i jednego z najwybitniejszych muzyków XX wieku potrzebował trochę oddechu. Założył rodzinę, przeprowadził się do Nowego Jorku, by spróbować ułożyć sobie życie, patrząc na dorastające dzieci… Był świeżo po rekonwalescencji po ciężkim wypadku motocyklowym, który miał miejsce w 1966 roku, i będąc zmęczony nagabywaniem ze strony swoich nastoletnich fanów chcących walczyć o zmianę świata, postanowił zwolnić tempo. Wszedł do studia i zrobił coś niecodziennego. Nagrał materiał, o którym wiedział, że raczej nie spodoba się jego wielbicielom. Specjalnie nagrał słaby album, by odciąć się od ciążącej na nim presji. Sesje nagraniowe rozpoczęły się w kwietniu 1969 roku, ale po krótkim, nieudanym okresie w studiu artysta porzucił projekt na niemal rok. W marcu 1970 Dylan wrócił do nagrywania z jedynie kilkoma nowymi utworami, postanowił więc uwiecznić na swojej nowej płycie głównie przeróbki znanych kompozycji oraz dawnych utworów folkowych. Światło dzienne ujrzał Self Portrait. Pierwotnie album ten spełnił swoją rolę – krytycy zmieszali album z błotem. Słynna recenzja krytyka Geila Marcusa, którą zaczynało stwierdzenie „What is this shit?”, idealnie oddawała społeczne nastroje. Przytłaczająca większość wielbicieli Dylana nie kryła, że „gówno” to najlepsze określenie na marny album z 1970 roku.

Po premierze Self Portrait, oburzeniu i frustracji fanów, ich apetyt jeszcze bardziej się wzmocnił. Żądali starego Dylana, który powróci w godnym stylu. Presja zamiast zmaleć, jedynie wzrosła. Zaraz po premierze muzyk wszedł ponownie do studia i nagrał New Morning. Album ten, wydany zaledwie cztery miesiące po poprzedniku, określany jest jako wielki powrót Dylana i pełnowymiarowe rozpoczęcie drugiej dekady jego twórczości. Płyta zebrała znakomite oceny i zatarła niesmak po swojej poprzedniczce, która do dzisiaj jest pomijana przez wielu fanów. Ed Ward w swojej recenzji na łamach Rolling Stone’a oświadczył samymi dużymi, drukowanymi literami „Well, friends, Bob Dylan is back with us again”. Stwierdzenie miało w sobie dużo prawdy. Po chwilowym jak się później okazało zamierzonym wybryku, artysta powrócił do stylu, który zarówno jemu, jak i jego fanom odpowiadał najbardziej.

Lata 1969 i 1970 były dla wielbicieli i znawców Boba Dylana bardzo kontrowersyjnym okresem. Z jednej strony był to czas, kiedy muzyk próbował odpocząć, zebrać myśli, jednocześnie poddać swoją publikę eksperymentowi, wydając słaby album. Jednocześnie był w znakomitej formie, mając przed sobą jeszcze wiele znakomitych wydawnictw. Tak więc coraz częstsze pytanie, które pojawiało się w umysłach dylanologów i dylanofilów całego świata brzmiało czy Dylan był w stanie nagrać wtedy zły album i czy to, co nagrywał w czasie sesji Self Portrait rzeczywiście zasługiwało na takie potępienie jak efekt końcowy, znany z albumu.

Odpowiedź przychodzi w The Bootleg Series Vol. 10: Another Self Portrait (1969-1971), która przedstawia dokonania Boba Dylana w jego najbardziej niejednoznacznym czasie. Mimo, że premiera tej kompilacji przypada dopiero na 27 sierpnia, to już pojawiają się pierwsze, zaskakujące recenzje. Niemal wszystkie mówią o rzuceniu zupełnie nowego światła na dokonania tamtych lat. Materiał, który do tej pory był uznawany za jeden z najsłabszych w karierze Dylana, na tym albumie zyskuje nową jakość. Pierwotne wersje utworów, w dużej części wykonywane tylko z pomocą gitary, pokazują prawdziwą wartość tworzonych wtedy utworów i udowadniają, że niepotrzebne aranżacje w dużej mierze przyczyniły się do niskiej jakości Self Portrait. Także bardzo dużo utworów, które nie ukazały się ani na New Morning, ani Self Portrait wywołują zachwyt wśród recenzentów, pokazując dużą wartość tamtych sesji nagraniowych i rzeczywisty potencjał kompozytorski muzyka. Mimo, że Dylan nie tworzył wtedy wielu nowych kompozycji, a w dużej mierze zwrócił się ku klasyce muzyki rozrywkowej. Dylan szukał i eksperymentował, dzięki czemu dorobek tych sesji brzmi bardzo szczerze i nowocześnie, do tego stopnia, że, jak pisze David Fricke, mógłby być zamieszczony na jego nowych albumach.

W opublikowanym na stronie internetowej National Public Radio tekście wprowadzającym do odsłuchania niektórych utworów z tego albumu bardzo interesującą rzecz napisała Ann Powers. Autorka przypomniała słowa muzyka, który napisał kiedyś, że tak naprawdę nie ma złych czy dobrych piosenek, są tylko różne wersje dobrych. W ten sposób właśnie warto spojrzeć na jego dokonania z początku lat 70. W każdej z tych piosenek można dostrzec coś interesującego, nawet jeśli całość wydaje się na pierwszy rzut oka ciężkostrawna. W dużej mierze w tym zadaniu pomagają proste, bardzo skromne aranżacje odkryte na dziesiątej części The Bootleg Series. Taka właśnie jest też największa wartość całości koncepcji wydawania niepublikowanego materiału lub odmiennych wersji znanych już utworów. Taki zabieg pomaga w całościowej ocenie pewnego okresu twórczości artysty; daje również możliwość spojrzenia z innej perspektywy na dane utwory; wreszcie otwiera drogę do zapoznania się z wartościowymi kompozycjami, pośród których być może odnajdziemy perełkę, która zmieni sposób postrzegania twórczości muzyka, lub po prostu stanie się dziełem, z którym słuchać będzie w stanie nawiązać osobistą relację. Seria ta daje nowe życie starym utworom Dylana. Uszczęśliwia starych fanów, wręcza im wyczekiwany dekadami niepublikowany materiał, przypomina o twórczości wielkiego muzyka i zachęca do zapoznania się z nią nowym rzeszom wielbicieli muzyki. Ponadto udowadnia, że nie można jednoznacznie oceniać danego okresu w twórczości artysty, a nawet jednego dzieła. Pokazuje, że nawet za najgorszym albumem, kwitowanym stwierdzeniami „What is this shit?” może kryć się geniusz, który ujawnia się dopiero w momencie pojawienia się pełnego obrazu sytuacji. Obrazu, który przedstawia artystę, ze wszystkimi bolączkami, trudnościami i spoczywającą na nim presją, a mimo to komponującego, by spróbować przekazać to, co czuje.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s