The Best of 2012

Zarówno rok, jak i dwa lata temu rozpisywałem się o tym jak wysoki poziom prezentowali artyści z całego świata, jakie genialne i przełomowe płyty wydawali, ile świetnych kompozycji nagrali. To były naprawdę świetne lata. Z perspektywy czasu uważam, że 2010 i 2011 to najlepszy okres dla światowej muzyki od 2005 roku. Idąc tym tropem miałem nadzieję, że artyści w dalszym ciągu będą w tak dobrej formie i również 2012 rok przyniesie tyle znakomitych płyt co wcześniej. Z drugiej strony wiedziałem jednak, że świetna passa musi kiedyś minąć i niestety sprawdził się ten gorszy Arcade-Fire-Suburbsscenariusz. Nie mówię, że to był słaby rok dla światowej muzyki. Było dużo dobrych i bardzo dobrych płyt, ale nie na miarę 2010 roku, gdzie praktycznie każdy album z pierwszej 15tki byłby poważnym kandydatem do zdobycia pierwszego miejsca w tegorocznym zestawieniu. Co innego w przypadku piosenek, tu poziom był już porównywalny do poprzednich lat. Zważywszy jednak, że w moich podsumowaniach od samego początku koncentruję się bardziej na albumach, to właśnie im poświęciłem najwięcej miejsca. Jeśli chodzi o moje osobiste podsumowanie roku to, jak to zwykle bywa, królowały nie tyle płyty z minionego, 2012 roku, tylko rzeczy, które odkryłem po drodze, nowsze wydawnictwa, do których przekonałem się dopiero po jakimś czasie, lub dokonania artystów, których miałem zobaczyć na żywo. Dopiero czwartą kategorią są nowe albumy, na które w tym roku miałem wyjątkowo mało czasu ze względu na obowiązki pozamuzyczne. Tak więc, otwarcie przyznaje się, że nie zdążyłem posłuchać jeszczeKate Bush - 50 Words for Snow kilkunastu płyt, które miałem w zamiarze poznać przed końcem roku. Tak czy inaczej udało mi się skompletować listę 50 najlepszych albumów, 25 najlepszych kompozycji i kilkunastu najlepszych koncertów 2012 roku. Układając listę strasznie trudno było mi ustawić płyty w odpowiedniej kolejności, tak jak przy każdym podsumowaniu, więc nie przywiązujcie zbytniej wagi do numerków, zwłaszcza do tych do 20 miejsca. To jest zestawienie albumów, które najzwyczajniej w świecie mniej lub bardziej polecam. Każdy z nich jest warty przesłuchania, przynajmniej w części. Muszę też dodać, że to jest zestawienie moich ulubionych albumów roku, nie najlepszych czy najważniejszych, tylko wydawnictw ulubionych, które zrobiły na mnie największe wrażenie, poruszyły najbardziej, których słuchało mi się najlepiej. Z góry przepraszam także za tak ogromny wpis. Zaczynając to wszystko pisać nieco ponad tydzień temu, nie spodziewałem się, że przeciągnie się do takich rozmiarów. W końcu takie rzeczy robi się tylko raz do roku.

Najlepsze albumy 2012 roku.

50. Micachu – Never

micachu-and-the-shapes-never

Mica Levi, brytyjska twórczyni muzyki eksperymentalnej wraca ze swoim drugim albumem. Nie powiem, po debiutanckiej płycie tej niezwykłej artystki bardzo czekałem w jaką stronę pójdzie. Na Never można w gruncie rzeczy znaleźć podobne brzmienia jak na Jewellery z 2009 roku, czyli dużo… dziwnych dźwięków. Płyta bardzo dobra, jednak troszkę brakuje jej tej niezwykłości i przede wszystkim tak dużego zagęszczenia dobrych i niepowtarzalnych utworów jak z debiutu.

Warto posłuchać: Low Dogg

49. Metz – Metz

49 METZ_cover

Metz to czysta energia płynąca z muzyki punkowej, a właściwie post-hardcore’u lub post-grunge’u, jak chcecie. Więcej w sumie mówić nie trzeba. Trzech panów z Toronto spotkało się pewnego razu w stodole i w przeciągu tygodnia nagrali tam jeden z najlepszych punkowych albumów roku. Warto dodać, że to pierwsza płyta kanadyjskiego trio, mimo to, że grają ze sobą już od 2007 roku. Na albumie Metz (nieco ponad 29 minut) można znaleźć kilka świetnych kompozycji, w gruncie rzeczy płyta jest po prostu dobra, bez szału, na który wskazują niektóre recenzje. Czekam z niecierpliwością na ich dalsze dokonania.

Warto posłuchać: Knife in the Water

48. Sigur Rós – Valtari

48 Sigur-Rós-Valtari

Kiedy pierwszy singiel z tej płyty, Ekki Múkk, został opublikowany wraz z towarzyszącym klipem za pośrednictwem youtube’a nadzieje zostały rozbudzone. Sigur wrócił do wielkiej formy, być może nawet nagra coś na miarę ( ). Nadszedł dzień premiery i okazało się, że Ekki Múkk to najlepszy utwór na albumie, a reszta jest „tylko” dobra. Islandzka grupa nagrała poprawny album, na którym jest kilka genialnych momentów, ale do takich płyt jak wcześniej wspomniane ( ) czy Ágætis byrjun nie ma co Valtari porównywać.

Warto posłuchać: Ekki Múkk, Varúð

47. Soap&Skin – Narrow

47 1328882240_soap-skin-narrow

Strasznie przejmująca płyta, naprawdę przejmująca. W 2009 roku Anji, która ukrywa się pod pseudonimem Soap&Skin umarł ojciec. To zdarzenie sprawiło, że postanowiła nagrać płytę poświęconą jego pamięci. Wynikiem sesji nagraniowych jest minialbum Narrow, na który składa się 8 utworów (29 min muzyki). Jeśli ktoś jest w depresji to nie polecam, bo może doprowadzić do czegoś złego. Płyta jest piękna, chociaż wolę ją traktować jako ciekawostkę niż coś w czym można rozpływać się godzinami.

Warto posłuchać: Vater

46. Glen Hansard – Rhythm and Repose

46 Glen-hansard-rhythm-and-repose-cover

Glen Hansard, aktor, kompozytor, laureat Oskara, lider zespołu The Frames nagrał wreszcie solową płytę. Szczerze mówiąc sam odkryłem tego Pana dopiero kiedy zobaczyłem jego niesamowity występ w ramach Tiny Desk Concerts w siedzibie NPR. Wtedy od razu sięgnąłem po płytę i muszę przyznać, że na albumie brakuje troszkę żywiołowości, tak bardzo widocznej na żywo. Rhythm and Repose może i jest troszkę smętna, może i jest troszkę zbyt cukierkowa, ale są świetne kompozycje, nieodłączny element dobrej płyty. Jeśli ktoś lubi spokojne folk-popowe ballady grane przez miłego Irlandczyka to gorąco polecam.

Warto posłuchać: You Will Become, Bird of Sorrow, Love Don’t Leave Me Waiting

45. The Maccabees – Given to the Wild

45 Given+to+the+wild

Album, z którym wiązałem ogromne, ogromne nadzieje. Po wszystkich zachwytach krytyków nad Given to the Wild i genialnym singlu Pelican oczekiwałem co najmniej drugiej the English Riviery Metronomy. No cóż, wyszło jak zawsze. Nie mówię jednak, że to płyta zła, wręcz przeciwnie, jest parę dobrych piosenek, jednak jako całość najzwyczajniej w świecie zbytnio do mnie nie przemawia. Mimo to serdecznie polecam, chociażby za specyficzne brzmienie, klimat i kilka genialnych kompozycji, jednych z najlepszych w tym roku.

Warto posłuchać: Pelican, Child

44. Purity Ring – Shrines

44

Debiutancka płyta bardzo dobrze zapowiadającego się kanadyjskiego duo, grającego muzykę elektroniczną. Jakby próbować charakteryzować Shrines to na myśl przychodzą takie określenia jak sentymentalny synth-pop z nieco mrocznym klimatem oraz bardzo zgrabnymi i lekkimi melodiami. Tego albumu nie sposób jednak opisać w kilku słowach czy zdaniach. Jest na tyle interesujący, że serdecznie zachęcam do zapoznania się z całością. Zobaczymy jak dalej potoczy się kariera Purity Ring, na razie wypada stwierdzić, że Shrines to bardzo porządny debiut.

Warto posłuchać: Fineshrine

43. Perfume Genius – Put Your Back N 2 It

43 Put+your+back+N+2+it

Put Your Back N 2 It to drugi album Mike’a Hadreasa, kompozytora z Seattle. Na pierwszy rzut ucha bardzo, ale to bardzo przypomina dwóch artystów: Antony Hegarty’ego z Antony and the Johnsons i Sufjana Stevensa z czasów Seven Swans. Nie powiem, żeby album ten był równie dobry, co dokonania, ale trzeba przyznać, że Perfume Genius ma w sobie coś, co przyciąga. Jeśli chodzi już o sam album to można go podzielić na trzy części – świetny początek, średni środek i świetną końcówkę, także nie zniechęcajcie się jeśli gdzieś po 15 minucie zachce wam się wyłączyć, bo najlepsze przed wami. Album muzycznie chwytający za serce, bardzo interesujący pod względem tekstowym.

Warto posłuchać: No Tear, Hood, Floating Spit

42. Air – Le Voyage Dans La Lune

air-le-voyage-dans-la-lune

La Voyage Dans La Lune to album inspirowany przełomowym filmem autorstwa Georges Méliès z 1902 roku. Krążka nie traktowałbym jednak jako ścieżki dźwiękowej do klasycznego obrazu, mimo to, że na niektórych festiwalach filmowych tak właśnie się czyni. To raczej równie odrealniona i przedziwna podróż na księżyc, co ta sprzed 110 lat [sic!] tylko w wersji muzycznej. Najnowszą płytę francuskiego duetu trzeba traktować jako całość, przesłuchiwać od początku do końca, wtedy można uchwycić jej piękno w całości.

Warto posłuchać: Seven Stars, Sonic Armada

41. Animal Collective – Centipede Hz

Animal-Collective-Centipede-Hz

Tak, tak, wiadomo, najgorsza okładka roku, jak można nagrać dobra płytę po tak genialnych poprzednich, formuła się wypaliła itd. Nie powiem, część tych opinii sam podzielałem, zresztą nigdy wielkim fanem Animal Collective nie byłem. Kiedy wreszcie zmusiłem się do przesłuchania nowej płyty panów z Baltimore byłem bardzo zaskoczony. To jest naprawdę dobry album. Fakt, do Merriweather Post Pavilion pod żadnym względem się nie umywa, ale w całym tym chaosie i natłoku eksperymentalnych dźwięków można odkryć po prostu dobre utwory. Album tylko dla fanów, jeśli ktoś chce zacząć swoją przygodę z Animal Collective, to polecam wspomniany album z 2009 roku.

Warto posłuchać: Today’s Supernatural

40. Om – Advaitic Songs

om_advaitic_songs

Jeśli lubi się stoner rock, doom i różnego typu eksperymentalne zabiegi w muzyce metalowej to serdecznie zachęcam do sięgnięcia po Advaitic Songs. Om znani są z wszelkiego rodzaju poszukiwań sposobów artystycznego wyrazu. Na swoim najnowszym albumie poszli bardziej w stronę wprowadzania słuchacza w trans, co w połączeniu z metalowym źródłem ich twórczości daje interesujący wynik. Zgadzam się z niektórymi krytykami, że być może płyta jest momentami nieco monotonna oraz brak jej mocy i siły rażenia grupy, znanej z poprzednich płyt, ale to nie zmienia faktu, że Advaitic Songs jest albumem bardzo dobrym z niepowtarzalnym klimatem i wciągającymi kompozycjami.

Warto posłuchać: State of Non-Return

39. Slash – Apocalyptic Love

Slash-Apocalyptic-Love

Nie, Slash nie skończył się na Guns n’ Roses. W 2010 roku wydał bardzo dobrą, pierwszą solową płytę studyjną, dwa lata później nie zwalnia tempa. Apocalyptic Love trzyma poziom, jest charakterystyczny styl, są charakterystyczne zabiegi kompozytorskie, jest wreszcie charakterystyczna gitara. Co najważniejsze, są także świetne piosenki, wypełniaczy mało, nic tylko się cieszyć. Slash z Apocalyptic Love pokazuje niedowiarkom, że cały czas jest w stanie nagrać dobry, rockowy album. Nie znajdziecie tutaj co prawda Axla, ale to może i dobrze, bo Myles Kennedy świetnie wywiązuje się z roli wokalisty. Polecam serdecznie, zwłaszcza fanom hard rocka i Guns n’ Roses.

Warto posłuchać: No More Heroes

38. Death Grips – The Money Store

The-Money-Store

Death Grips, czyli zespół ubóstwiany wręcz przez krytyków współczesnej muzyki alternatywnej. Panowie okrzyknięci nową nadzieją współczesnego eksperymentalnego hip-hopu wydali w tym roku debiutancki album, który nie powiem, zapada w pamięć. Nie jestem znawcą historii hip-hopu, ale jak na moje ucho to kalifornijskim muzykom udało się nagrać płytę nowatorską i jednocześnie bardzo dobrą, co nie zawsze idzie w parze. Polecam osobom tylko o mocnej psychice i braku skłonności do bólów głowy, bo jednorazowe przebrnięcie przez cały krążek to wyzwanie, zwłaszcza kiedy chce się wczytać w teksty, tak ważne w tego typu muzyce. Zdecydowanie jedna z najważniejszych płyt roku, czy najlepsza, to już bardziej ryzykowna teza.

Warto posłuchać: Get Got, I’ve Seen Footage, System Blower

37. Orbital – Wonky

orbital

Pierwszy album Orbital od ośmiu lat, pierwszy po reaktywacji w 2009 roku (zainaugurowanej koncertem na Selector Festivalu w Krakowie, cóż za koncert!). Wszyscy zastanawiali się z czym wróci brytyjska legenda muzyki elektronicznej, w jakim stylu nagrają nowy album, czy będzie klasycznie czy raczej zupełnie zmienią sposób gry. Odpowiedź może wydać się banalna, ale chyba najbardziej trafna: nagrali album w starym stylu, przypominającym klasyczny Orbital z lat 90. z wieloma elementami, które wydają się standardowe dla współczesnej muzyki elektronicznej. Świetna płyta, najlepsza w dorobku Orbital od ponad 10 lat, która powinna zadowolić zarówno oddanych fanów, jak i nowych słuchaczy, chociaż wiadomo, porównania do np. Orbital 2 wydają się nie na miejscu.

Warto posłuchać: New France, Beelzedub, Wonky

36. Death Grips – No Love Deep Web

deathgrips

Po wydaniu the Money Store Death Grips mieli zaplanowaną trasę. Odwołali, a co! Powiedzieli, że chcą nagrać drugi album w tym samym roku. Wytwórnia powiedziała, że niema sprawy, ale wydadzą go w przyszłym roku. Panowie się zdenerwowali, wypuścili płytę do internetu z kontrowersyjną okładką (wyżej wersja ocenzurowana) i odeszli z wytwórni, a co! No Love Deep Web jest jeszcze bardziej eksperymentalna, jeszcze bardziej agresywna, jeszcze cięższa niż the Money Store. Opinie co do tego, która jest lepsza są podzielone, często nawet ocenia się je jednocześnie. Dla mnie No Love Deep Web ma jeszcze więcej mocy i wyrazu, być może kosztem poziomu kompozycji, ale mi się bardziej podoba, a co!

Warto posłuchać: Come Up and Get Me, Lock Your Doors, Stockton

35. Great Lake Swimmers – New Wild Everywhere

GLS_NewWildEverywhere_1500-e1326132695600

Strasznie, ale to strasznie czekałem na nową płytę Great Lake Swimmers. Po tym co zrobili w 2009 roku na Lost Channels apetyty były niesamowicie rozbudzone. Oczywiście ciężko było się spodziewać jakichś fajerwerków po tak fantastycznej płycie i rzeczywiście, fajerwerków nie było. Dostaliśmy w zamian płytę dobrą, na stylem co prawda przypominającym poprzedni krążek, ale poziomem już nie. Utwory zdają się zbytnio nie emanować wyjątkowością stylistyczną czy przełomowością. Po prostu bardzo dobrze się tego słucha. Płyta mimo wszystko zapada w pamięć, przede wszystkim dzięki kilku genialnym utworom. Jaka szkoda, że nie wymienia się ich w jednym rzędzie z Fleet Foxes czy Bon Iver, zasługują na to.

Warto posłuchać: Think That You Might Be Wrong, The Knife, Cornflower Blue

34. Jessie Ware – Devotion

Devotion

Ta płyta ma coś w sobie, coś przyciągającego. To, co Jessie Ware nagrała na swoim debiutanckim albumie było nagrywane już wiele razy, zwłaszcza ostatnimi czasy. Jest tu jednak coś takiego, co sprawia, że chce się przesłuchać ten krążek raz jeszcze. Na uznanie zasługuje przede wszystkim klimat i dobrze, prosto skomponowane piosenki. Bez specjalnego dumania i kombinowania Ware udowadnia, że wciąż można nagrać porządną, inteligentną i prostą płytę. Mamy kolejną wokalistkę, której dokonania będziemy bacznie obserwować.

Warto posłuchać: Wildest Moments, Running

33. Mark Lanegan Band – Blues Funeral

1328778573_mark-lanegan-band-blues-funeral-2012

Na myśl nasuwa się jedno słowo: wreszcie. Wreszcie, po 8 latach Mark Lanegan nagrał następcę albumu Bubblegum z 2004 roku. Trzeba przyznać, kawał dobrej roboty. Od samego początku Blues Funeral pokazuje, że mamy do czynienia z płytą bardzo dobrą i trzyma poziom do samego końca. Może nieco przydługawa, ale za to wypełniona świetnymi utworami.  Dla fanów perełka w dyskografii, dla nowych słuchaczy wartościowa ciekawostka. Bardzo godny następca Bubblegum. Czekamy na dalsze popisy, czy to solowe czy we współpracy z innymi twórcami.

Warto posłuchać: The Gravedigger’s Song, Bleeding Muddy Water, Riot in My House

32. Muse – The 2nd Law

the-2nd-law-b-iext11316910

Mówcie co chcecie, ale ta płyta jest naprawdę dobra. Sam się przyznam, że podchodziłem do niej z wielkim dystansem, aż do czasu, kiedy zobaczyłem Muse na żywo w ramach trasu promującej ten album. Takie wydarzenia mogą zupełnie zmienić zdanie na temat danego wydawnictwa. Dopiero na spokojnie, na koncercie przysłuchując się kolejnym kompozycją, a zagrali prawie całą płytę, można było dostrzec ile tam jest dobrych piosenek. Już mniejsza z tym dubstepem, poza nim na the 2nd Law jest co najmniej kilka utworów, które zasługują na uznanie, tak samo jak płyta w całości.

Warto posłuchać: Panic Station, Follow Me

31. Baroness – Yellow & Green

baron.jpg.scaled1000

Kolejny album, na który czekałem z dużą niecierpliwością. Poprzednie płyty tego amerykańskiego zespołu, Blue z 2009 roku i debiut grupy Red z 2007 sprawił, że panowie z Baroness utwierdzili swoje miejsce na współczesnej amerykańskiej scenie metalowej. Nic dziwnego, że tak dużo osób czekało co zrobią na następnym albumie, zwłaszcza po informacji, że będzie to album dwupłytowy. Yellow & Green, nie ma co ukrywać, nie jest tak fenomenalny jak Blue. Prawdopodobnie największym błędem grupy było wydanie dwóch płyt na raz, gdyby ukazały się osobno, prawdopodobnie zebrałyby lepsze oceny. Yellow & Green również wpisuje się idealnie w typowy przypadek, że lepiej gdyby z dwóch bardzo dobrych płyt zrobiono jedną genialną… ale i tak nie ma co narzekać. Mamy do czynienia z dwoma bardzo porządnymi płytami jednego z najbardziej zdolnych zespołów na amerykańskiej scenie metalowej.

Warto posłuchać: Take My Bones Away, March to the Sea, Cocainium

30. Mount Eerie – Clear Moon

41MDYAxostL._SS500_

Jeśli oczekiwaliście, że dostaniecie od Phila Elveruma drugie Wind’s Poem z 2009 roku to nie, to nie jest to samo. I bardzo dobrze! Mimo całego mojego sentymentu do tego albumu miałem nadzieję, że Elverum pójdzie dalej. Clear Moon to jakby kontynuacja Wind’s Poem, ale nie to samo, raczej nowy rozdział w opowiadaniu, którego tak dobrze się słucha. Nowy album Mount Eerie polecam dla osób zaznajomionych już z twórczością tego projektu, muzyką lo-fi czy eksperymentalną, zwał jak zwał. Co prawda podróż przez cały album może być wyzwaniem za pierwszym razem, ale mnie osobiście zauroczył.

Warto posłuchać: The Place I Live, Clear Moon

29. Mount Eerie – Ocean Roar

Mount-Eerie-Ocean-Roar-cover-art-e1339714407958

Drugi album nagrany przez Elveruma w 2012 roku. Mroczniejszy i ostrzejszy. Świetna kontynuacja tego, co zrobił wydając kilka miesięcy wcześniej z Clear Moon. Ocean Roar to, tak jak sama nazwa wskazuje, ryk oceanu, przytłaczającego swoim ogromem, wielkością i głębią. W moim przekonaniu album nieco lepszy od Clear Moon, ale ciężko je porównywać. W niektórych podsumowaniach roku obydwie płyty traktuje się nawet jako jedno. Dużo w tym racji, zwłaszcza, że według mnie obydwa krążki to dwie części jednej podróży, opowieści. Z drugiej strony jednak są one na tyle interesujące, że warto je potraktować osobno jako dwa wybitne albumy.

Warto posłuchać: Pale Lights, Waves

28. The Mars Volta – Noctourniquet

tmvcover

Że niby najgorsza płyta w dyskografii? Że niby nie mają już nic do zaoferowania? Że niby nagrywają w kółko to samo? A niech nagrywają cały czas to samo skoro to takie dobre. Faktycznie, nawet jeśli jest to jedna ze słabszych płyt w ich dorobku to i tak jest bardzo dobra, a takie utwory jak the Whip Hand, Empty Vessels Make The Loudest Sound czy Aegis spokojnie można porównywać do wybitnych osiągnięć grupy z Frances the Mute czy the Bedlam in Goliath. Niech nie przeraża was także długość Noctourniquet, czyli około 65 minut, bo album ten smakuje równie dobrze w drobnych dawkach. Przesłuchanie w całości zalecam tylko fanom i wytrwałym zawodnikom

Warto posłuchać: The Whip Hand, Empty Vessels Make The Loudest Sound

27. Japandroids – Celebration Rock

japandroids-celebration-rock

No i udało się dwóm Panom z Vancouver. Nagrali dobry drugi album, nawet bardzo dobry. Aż dziw bierze ile można zrobić za pomocą wokalu, gitary i perkusji. Świetny, żywiołowy album ze znakomitymi piosenkami, które w większości przypadków łatwo wpadają w ucho. Na całą płytę składa się jedynie 8 utworów, które razem dają niewiele ponad 35 minut i w tym przypadku było to bardzo dobre posunięcie, bo więcej po prostu nie dałoby rady przetrawić. Mimo to, Celebration Rock jakoś wyjątkowo nie zapadł mi w pamięć, ale po części nie to jest celem Japandroids. Oni przede wszystkim stawiają na koncerty, więc jeśli będą gdzieś w pobliżu, kupujcie bilety i biegnijcie na ich występ. Z takim materiałem na pewno dadzą radę.

Warto posłuchać: The Nights of Wine and Roses, The House That Heaven Built

26. David Byrne and St. Vincent – Love This Giant

david-byrne-st-vincent-love-this-giant

David Byrne, wiadomo, legenda muzyki, założyciel Talking Heads. St. Vincent, wiadomo, Annie Clark, trzy świetne płyty na koncie, bardzo dobrze zapowiadająca się amerykańska wokalistka. Tym bardziej ciekawie zapowiadała się najgłośniejsza kolaboracja tego roku w świecie muzycznym. Płyta może i nie jest szczytowym osiągnięciem w karierze Byrne’a i St. Vincent, ale na pewno jest intrygująca. To właśnie słowo „intrygujący” jest chyba najlepszym, żeby określić Love This Giant. Zamysł świetny, muzycznie też bardzo dobrze, a to w dodatku z dziwnością Byrne’a i charakterystycznością Clark daje dosyć… specyficzny, ale godny polecenia efekt.

Warto posłuchać: Who, I Am An Ape

25. Spiritualized – Sweet Heart Sweet Light

tumblr_m274v3E1Ad1qdbji6

Spiritualized wielkim zespołem jest, z tym nie da się dyskutować. Jason Pierce wybitnym muzykiem jest, z tym też nie da się dyskutować. Praktycznie wszystko co Pierce wypuścił pod swoim nazwiskiem od połowy lat 90. oscyluje między dobrą a bardzo dobrą oceną. Ulubieńcy krytyków, zwłaszcza tych z Wielkiej Brytanii. W 2012 roku nie było inaczej. Kiedy Sweet Heart Sweet Light ujrzało światło dzienne zachwytów krytyków nie było końca. Nie powiem, sam wielkim fanem Spiritualized nie jestem, ale mimo to sięgnąłem po płytę i nie zawiodłem się. Świetne melodie, bardzo fajny klimat płyty, bardzo charakterystyczny dla Spiritualized i całej rzeszy brytyjskich zespołów, grających szeroko pojętą neo-psychodelię. Po raz kolejny, jedynym minusem albumu jest jego długość, przez co i przyswajalność nieco spada, ale poza tym album prezentuje się bardzo, bardzo dobrze. Dla fanów specyfiki muzyki brytyjskiej jazda obowiązkowa.

Warto posłuchać: Hey Jane, So Long You Pretty Thing

24. Jimmy Cliff – Rebirth

1342114265-jimmy_cliff_rebirth

Jimmy Cliff to absolutna legenda muzyki rozrywkowej, ostatnimi czasy niestety nieco zapomniana. Przez ostatnie kilkanaście lat na dobrą sprawę nie nagrał nic, co mogłoby spowodować jego wielki powrót na scenę, aż tu nagle na początku 2012 roku pojawiły się pogłoski, że planuje wydać nowy album. Pierwsza od 8 lat płyta Jimmy’ego Cliffa, Rebirth, przynosi 12 utworów osadzonych w charakterystycznej dla Cliffa stylistyce reggae/ska. Charakterystycznej… Cliff jest uznawany za jednego z twórców reggae. Bardzo często z legendami bywa tak, że bazują na tym co nagrali wcześniej i po u schyłku kariery już niczego równie dobrego nie są w stanie nagrać. W ciągu ostatnich lat mamy wiele dowodów na błędność tej tezy i Cliff wspaniale się w ten nurt wpisuje. Płyta jest zaskakująco dobra, świetna nawet dla osób, które nie są fanami reggae, bardzo dużą rolę odgrywają teksty. Rebirth może i nie był nowymi narodzinami Jimmy’ego Cliffa dla międzynarodowej popularności, ale na pewno stanowi kamień milowy w jego dyskografii, prawdopodobnie jego największe dokonanie od ponad 30 lat.

Warto posłuchać: World Upside Down, One More, Ship Is Sailing

23. Hot Chip – In Our Heads

Hot-Chip-In-Our-Heads-500x500

To już piąty album w dorobku tego brytyjskiego zespołu. Po raz kolejny nie zawodzą, ba, nagrywają jedną z najlepszych rzeczy w swojej karierze. Troszkę przydługą najlepszą rzecz w karierze. In Our Heads to prawdziwa esencja tego o co chodzi w muzyce Hot Chip, radość i taniec z lekką nutką nostalgii, to za co najbardziej ich kochamy. Brakuje tylko hitu na miarę Over and Over czy One Life Stand. Poza tym jest naprawdę ciekawie i interesująco. Pierwsza strona albumu zasługuje na miano najlepszej 10-tki roku. Nie zniechęcajcie się po pierwszym przesłuchaniu, mi za każdym kolejnym razem podoba się coraz bardziej. Polecam płytę z całego serca jako idealne przedstawienie założeń twórczości Hot Chip.

Warto posłuchać: Motion Sickness, Night & Day

22. Bob Dylan – Tempest

COLUMBIA RECORDS BOB DYLAN ALBUM

To, co Bob Dylan zrobił na przełomie wieków zaskoczyło chyba wszystkich. Jedna z najważniejszych postaci w muzyce rozrywkowej w 30 lat po największych sukcesach nagrała albumy, które z miejsca stały się klasyką jego twórczości. Już od premiery Time Out of Mind z 1997 roku, pierwszego wybitnego, nowego Dylana, publiczność coraz bardziej oczekiwała kolejnych albumów i nie zawodziła się. Później przyszedł czas na genialne „Love and Theft” z 2001, Modern Times z 2006 roku i przyjęte już nieco chłodniej Together Through Life z 2009 roku. Ile ta passa może trwać? Czy Dylan w wieku 70 lat może nagrać kolejną wielką płytę. Tempest z 2012 roku nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Wszyscy zgodnie twierdzą, że album ten jest jednym z najmroczniejszych, jeśli nie najmroczniejszym w całym dorobku artysty. Jak wiadomo, sama muzyka nie jest tak bardzo ważna na jego płytach, jej odsunięcie na drugi plan niestety troszkę słychać. Za to teksty… teksty zachwycają, a bardzo często zatrważają. Bob Dylan mimo statusu legendy, dziesiątek płyt na koncie i ponad 70 lat na karku jest wciąż w stanie nagrywać płyty, których nie powstydziłby się żaden kompozytor i tekściarz na świecie.

Warto posłuchać: Narrow Way, Pay In Blood, Early Roman Kings

21. Fiona Apple – The Idler Wheel Is Wiser Than the Driver of the Screw and Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do

fiona-apple-the-idler-wheel-is-wiser-than-the-driver-artwork

Każda premiera nowej płyty Fiony Apple to nie lada gratka. Amerykańska wokalistka nagrywa bowiem już od prawie 20 lat, a na koncie ma dopiero 4 płyty, ale za to jakie! Pamiętam jeszcze jak w 2005 roku większość światowych krytyków prześcigała się w zachwytach nad albumem Extraordinary Machine. Od tamtego czasu czekaliśmy i czekaliśmy, aż wreszcie doczekaliśmy się następcy. Album zatytułowany, uwaga, The Idler Wheel Is Wiser Than the Driver of the Screw and Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do (to i tak nic w porównaniu z tytułem jej drugiej płyty) miał swoją premierę w czerwcu 2012 roku i zebrał jeszcze lepsze oceny od swojej poprzedniczki. Album jest niesamowicie różnorodny, niepowtarzalny, słuchając nie sposób się nudzić. Kompozytorsko Fiona Apple osiągnęła absolutne szczyty, teksty też niczego sobie. Można się jednak zachwycać, ale trzeba przyznać, łatwo się tego nie słucha. Album wybitny, fakt, ale trzeba się do niego przyzwyczaić i przekonać dopiero po kilku, kilkunastu przesłuchaniach. Jestem dopiero w trakcie.

Warto posłuchać: Every Single Night, Daredevil, Werewolf

20. Dan Deacon – America

America-Dan

Niesamowicie, niesamowicie ambitny projekt. Nagrać album o USA przy użyciu ekstremalnej elektroniki, elementów współczesnej muzyki poważnej i zamknąć go w kilkudziesięciu minutach. Na pierwszy rzut ucha przypomina to bardzo niedoceniany album Sufjana Stevensa the BQE. Takie porównania są na miejscu, trzeba przyznać. Podobnie jak Sufjan, Deacon chciał oddać w dźwiękach swoje wrażenia na temat Stanów Zjednoczonych, piękna jego krajobrazu, specyfiki kultury, a także własną frustrację w związku z kwestiami politycznymi. Czy udało mu się równie pięknie jak Sufjanowi? Zamysł może i podobny, ale wykonanie zupełnie inne. Większy nacisk jest tu kładziony mimo wszystko na same efekty, które niesie ze sobą muzyka elektroniczna, mniejszy na sam kunszt kompozytorski, tak bardzo widoczny u Stevensa. Nie można jednak opierać wszystkich wrażeń tylko na podstawie porównań. Deacon sam w sobie stworzył coś magnetyzującego, co pomimo występującego czasami zmęczenia słuchaniem przyciąga. Tego albumu po prostu chce się słuchać. Druga ważna sprawa to ciekawe wykorzystanie różnorodnych środków przekazu, nie sposób się nudzić słuchając tej płyty. W każdej kompozycji można znaleźć coś innego, co nie zaburza obrazu albumu jako całości. Wreszcie, trzecia i ostatnia rzecz, na którą warto zwrócić uwagę to druga część płyty, czyli czteroczęściowa kompozycja zatytułowana USA (Is a Monster, The Great American Desert, Rail, Manifest). Tu Dan Deacon już naprawdę zaszalał i stworzył jedną z najciekawszych rzeczy, którą można było usłyszeć w tym roku, gdzie współczesna muzyka poważna przeplata się z intensywną elektroniką, tworząc spójną, efektowną całość. America jak ocałość może chwilami przytłaczać i na pierwszy rzut ucha wydać się projektem, który przerósł kompozytora, jednak po dokładnym wsłuchaniu się na spokojnie w każdy utwór można dostrzec spektakularność.

Warto posłuchać: Guilford Avenue Bridge, True Thrush, USA I: Is A Monster, USA III: Rail

19. Alabama Shakes – Boys & Girls

alabama-shakes-boys-and-girls

Nazwa gdzieś obiła się uszły, ale jakoś nigdy nie miałem okazji po nich sięgnąć, aż tu pewnego razu otwieram podsumowanie roku Rolling Stone’a. Na pierwszym miejscu w zestawieniu najlepszych utworach minionego roku piosenka, która otwiera album Alabama Shakes. Później już tylko same pozytywne zaskoczenia. Zespół ten został założony nieco ponad trzy lata temu, w 2009 roku, w miejscowości Athens w Alabamie. Jack White zachwycony ich występami poprosił ich tego roku o otwieranie jego występów na trasie promującej Blunderbuss. Kariera nabrała tempa, a sam zespół zebrał się i postanowił nagrać debiutancki, tak, debiutancki album. Na każdym kroku krytycy podkreślają jakie genialne koncerty dają Alabama Shakes, i że niby nie dali rady przenieść tego klimatu na swój album. Nie mam porównania, więc się nie wypowiadam. Może to nawet lepiej, bo płyta podoba mi się strasznie. Na Boys & Girls ewidentnie słychać wpływy klasycznego amerykańskiego grania z pogranicza rocka, bluesa i rnb, a zapierający dech głos wokalistki Brittany Howard i świetne kompozycje dopełniają całości. Szkoda tylko, że tak mało tutaj żywiołowych utworów, ponad połowa to ballady. Czy umieszczenie Hold On na pierwszym miejscu na liście najlepszych utworów to przesada? Być może, ale ja to traktuje bardziej jako zachętę do dalszej pracy. Z takim potencjałem można zrobić wiele. Warto obserwować Alabama Shakes, bo mogą wkrótce nagrać coś, co będzie na pierwszym miejscu wszystkich podsumowań.

Warto posłuchać: Hold On, I Found You, You Ain’t Alone

18. The Beach Boys – That’s Why God Made the Radio

beach_boys_god_made_radio

Reaktywacje legendarnych zespołów zawsze wzbudzają skrajne emocje. Zwłaszcza jeśli chodzi o Panów w wieku 70+, którzy za czasów swojej świetności śpiewali o tym jak bardzo chcieliby wziąć swoje dziewczyny na przejażdżkę samochodem pożyczonym od taty i pójść posurfować. Lata 60. minęły. Czasy The Beach Boys Today! i Pet Sounds minęły. Po co więc próbować reaktywować zespół, który nie ma prawa bytu w dzisiejszym świecie. Być może nagra jeszcze jakiś świetny album lub zachwyci wszystkich swoimi koncertami, tak jak robił to Gil Scott-Heron, Bob Dylan czy Leonard Cohen. Prawdę mówiąc chyba nikt nie wierzył, że tak samo będzie w przypadku the Beach Boys. No cóż, z koncertami rzeczywiście się nie pomylili. Trasa na 50tą rocznicę powstania grupy okazała się mniejszą lub większą, ale klapą. Co tu się dziwić, the Beach Boys nigdy nie byli zespołem koncertowym. W tym wypadku może Brian Wilson zbierze się w sobie po kilku dekadach przesiedzianych w kalifornijskim domu i nagra coś nowego i wielkiego w studio. I stał się cud. The Beach Boys wydali swój najlepszy album studyjny, na który składają się tylko premierowe utwory od… 1971 roku. Tak, to prawda. The Beach Boys nie nagrali tak dobrego albumu od 41 lat. Kompozytorsko jest świetnie, widać, że Brian Wilson czerpał ogromną radość z komponowania. Produkcja bez zbytniego rozmachu, ale w klasycznym dla the Beach Boys stylu. Są harmonie, jest może nie ściana, ale ścianka dźwięku. Przede wszystkim jednak są świetne utworu i cudowna trzyczęściowa kompozycja zamykająca album, która przypomina najlepsze i najambitniejsze czasy zespołu. Idealnie nie jest, ale kto wymaga od nich powtórzenia Pet Sounds. Takie rzeczy nagrywa się raz w życiu. Tymczasem That’s Why God Made the Radio jest idealnym albumem na 50 rocznicę istnienia wielkiej grupy. Brawa i ukłony dla legendy.

Warto posłuchać: That’s Why God Made the Radio, From There To Back Again, Pacific Coast Highway, Summer’s Gone

17. Tame Impala – Lonerism

tame-impala-lonerism

Wśród głosów sprzeciwu słychać, że nie ma sensu nagrywać albumów udających dokonania lat 60., po co naśladować, lepiej robić coś nowego. Ta płyta jest dowodem, że gatunki nie mają nic do gadania jeśli mamy do czynienia z dobrymi kompozycjami. Australijczycy z Tame Impala wracają po bardzo udanym debiucie z drugim długogrającym krążkiem. Lonerism jest dowodem na to, że neo-psychodelia wcale nie umiera, ba, ma się dobrze i wciąż powstaje kanon tego nurtu. Zawsze, w każdym jednym przypadku punktem wyjściowym są dobre utwory, a takich na Lonerism jest bardzo dużo. Umieszczenie ich w stylistyce neo-psychodelii dodaje im tylko wyrazu i pomaga w wykreowaniu całości. Równie dobrze wszystkie piosenki mogłoby zabrzmieć w aranżacjach akustycznych czy rockowych, a to duży komplement.  To w ramach odpowiedzi na krytykę. W ramach pochwały trzeba przyznać, że neo-psychodelia brzmi tutaj cudownie, producenci zrobili kawał dobrej roboty nadając płycie niesamowite brzmienie, świetnie uzupełniające  porządne utwory. Warto podkreślić też warstwę tekstową, która też ma trochę do zaoferowania. Nie polecam jednak słuchania Lonerism od początku do końca, bo może wydać się troszkę zbyt rozmyta. Na początku lepiej słuchać jej po kawałku, zapoznać z utworami, a później dopiero spróbować uchwycić całość, która ostatecznie prezentuje się niezwykle.

Warto posłuchać: Feels Like We Only Go Backwards, Elephant

16. Django Django – Django Django

1349660644-django-django

Pamiętacie zespoły the Beta Band i the Aliens? Obydwa były założone przez Johna Macleana, multiinstrumentalistę, ważną postać na brytyjskiej muzycznej scenie w pierwszej dekadzie XXI. Otóż Django Django zostało założone w 2009 roku przez perkusistę Davida Macleana, brata wspomnianego wcześniej muzyka. Niech więc nie dziwi was podobieństwo stylistyczne do wymienionych na początku grup. Dosyć wspominek, Django Django nie zasługują na to, by tylko przyrównywać ich do starszych kolegów (lub braci). Wykorzystują co prawda wcześniej znane schematy i zabiegi artystyczne, ale nadają im zupełnie inne kształty i stawiają poprzeczkę bardzo wysoko. Sprawiają, że słuchacz ma wrażenie, wcale nie takie złudne, że ma do czynienia z nową jakością. Niesamowicie interesujące melodie, konstrukcje utworów, dobory instrumentów czy produkcja. Wszystko to składa się na album, debiutancki (sic!) album Django Django Django Django. Jednym z najciekawszych elementów na płycie są bity wygrywane przez Macleana. Na tym jednak zabawa się nie kończy. Brytyjczycy bardzo umiejętnie łączą chwytliwe melodie z transowymi podkładami, które już za pierwszym przesłuchaniem hipnotyzują słuchacza. Tak, neo-psychodelia jest w ogromnej formie, a ten rok przyniósł nam kolejne wielkie dzieła w tym nurcie. Django Django na pewno stanie się albumem zapamiętanym na lata. Sam tylko mam nadzieję, że dokonania Davida zmobilizują Johna do nagrania następnego albumu z the Aliens, na który czekam już ponad 4 lata. Chociaż jeśli Django Django utrzymają taki poziom na swoich następnych albumach to raczej the Aliens będzie się porównywać do nich, nie na odwrót. Osobiście trzymam za to kciuki, bo potencjał jest niesamowity.

Warto posłuchać: Default, Waveforms, Love’s Dart

15. Converge – All We Love We Leave Behind

Converge-All-We-Love-We-Leave-Behind

Jak oni to robią to nie mam najmniejszego pojęcia. Na koncie 8 albumów studyjnych i każdy zasługuje na oklaski, większe lub mniejsze. W tym roku po raz kolejny nie zawiedli i znowu wydali znakomity krążek. All We Love We Leave Behind przypomina za co cenimy Converge. Energia, moc uderzenia, siła muzyki, a jednocześnie złożoność, polot i masa świetnych pomysłów. Wiadomo, Jane Doe to nie jest, ale bez żadnych oporów może te dwie płyty wymieniać obok siebie w jednym zdaniu. Converge to aktualnie jeden z najciekawszych zespołów hardcore’owych (lub post-hardcore’owych lub mathcore’owych, jak chcecie). Nawet jeśli ktoś nie przepada za tego rodzaju muzyką to gorąco polecam. Sam nigdy nie byłem fanem hardcore’u, przyznaję się bez bicia, ale kilka albumów i koncertów na mojej drodze sprawiło, że zmieniłem zdanie. Bardzo dużą rolę w tym procesie odegrało Converge i All We Love We Leave Behind. Ten album ukazuje, że ten rodzaj muzyki to nie atonalne darcie się do mikrofonu przy gitarowym graniu trzech akordów. Panowie pokazują w bardzo dosadny sposób, że można w tym gatunku stworzyć prawdziwe arcydzieło, czego przejawy można tu usłyszeć. Niedowiarkom zalecam posłuchanie takich utworów jak otwierający album Aimless Arrow, Sadness Comes Home czy A Glacial Pace, by zobaczyć ich złożoność i błyskotliwość. Jeśli to nie pomoże to odsyłam na koncert Converge, dzięki któremu poznałem w ogóle ten zespół. All We Love We Leave Behind to kolejny genialny hardcore’owy album ostatnich lat, który udowadnia, że nie tylko Converge, ale i światowa scena tego gatunku jest w znakomitej formie.

Warto posłuchać: Aimless Arrow, Sadness Comes Home, Glacial Pace, Vicious Muse

14. Dry the River – Shallow Bed

Dry-The-River

Po raz pierwszy usłyszałem o nich jakoś na wiosnę 2011 roku, kiedy ogłoszono, że wystąpią na OFF Festivalu 2011. Mieli wtedy za sobą jakieś pomniejsze wydawnictwa, żadnego pełnego albumu. Już wtedy mówiono, że Dry the River może nagrać bardzo porządny debiutancki album. Po zobaczeniu ich koncerty na OFFie (grali w deszczu o 17:00 przed garstką ludzi) wiedziałem, że będzie to najbardziej oczekiwany przeze mnie debiut tego roku. W marcu 2012 roku doczekałem się i nie zawiodłem się. Shallow Bed prezentuje to, co u Dry the River najlepsze, czyli świetne melodie, chwytliwe piosenki połączone z bardzo mocnym brzmieniem. To zaledwie 11 utworów (i jeden ukryty), a każdy z nich mógłby być singlem. Niecały rok później, czyli w lipcu 2012 stałem już przed Open’erową sceną, czekając na ich występ. Jak sami mówili ze sceny, nigdy nie grali dla tak dużej publiczności. Panowie, przyzwyczajajcie się. Nie dość, że Dry the River jest prawdopodobnie płytowym debiutem roku, to na żywo sprawdza się znakomicie. To, co na albumie sprawia, że delikatnie kiwacie głową ze słuchawkami na głowie, na koncertach miażdży. Shallow Bed jest krążkiem równym, wypełnionym hitami, które zostają w głowie. Był taki okres, że słuchałem jej bez przerwy i cały czas mi się nie znudziła, za każdym razem słucha się jej tak samo dobrze. Serdecznie polecam, a jak będzie okazja to idźcie na ich koncert. W Polsce mają świetne przyjęcie i sporą grupę fanów, więc pewnie jeszcze nie raz do nas zawitają.

Warto posłuchać: No Rest, Weights & Measures, Lion’s Den

13. Jack White – Blunderbuss

Blunderbuss

Jack White to jedna z najważniejszych postaci w przemyśle muzycznym XXI wieku. Bezapelacyjnie. Lider nieistniejącego już niestety, pierwszego w tym stuleciu legendarnego zespołu the White Stripes, a także the Raconteurs i the Dead Weather. Producent i współtwórca niezliczonej ilości utworów. Od dosyć dawna pojawiały się pogłoski na temat jego debiutanckiego solowego albumu, zwłaszcza po rozpadzie the White Stripes. W tym roku wreszcie mogliśmy dostać ten długo oczekiwany krążek do rąk. Jak to bywa z solowymi albumami, muzycy wreszcie mogą poszaleć. Nikt ich nie ogranicza, z nikim nie muszą niczego uzgadniać, pozostaje tylko ich pomysł na album, to co sami sobie wymyślą. Tym bardziej, znając wcześniejsze dokonania White’a, wszyscy czekali na jego debiut. Na Blunderbuss można usłyszeć 13 utworów w bardzo charakterystycznym stylu kompozytorskim autora. Wszystkie przepełnione wpływami kanonu muzyki amerykańskiej, bluesa, rocka, country, szczególnie z okolic Tennessee, gdzie aktualnie Jack mieszka. W każdej piosence słychać, że mamy do czynienia z rzeczami stworzonymi przez jednego z najbardziej utalentowanych muzyków generacji. Wszystko brzmi świetnie i słucha się świetnie. Jedynym minusem, który sprawia, że Blunderbuss nie jest w pierwszej trójce albumów roku jest to, że jak dla mnie Jack White w tej wolności troszkę się zagubił, przez co płyta ta nie ma tak mocnego wyrazu jak dzieła the Raconteurs czy the White Stripes. Wszystko brzmi tu jednolicie, przy jednoczesnym braku poczucia albumu jako całości. Nie zmienia jednak faktu, że każdy kto zdecyduje się zapoznać się z Blunderbuss usłyszy jedne z najlepszych kompozycji roku, stworzone przez jednego z największych twórców tego wieku.

Warto posłuchać: Sixteen Saltines, Weep Themselves To Sleep, Take Me With You When You Go

12. Sharon Van Etten – Tramp

sharon-van-etten-tramp

Jak tu nie kochać albumu, który otwiera utwór Warsaw, inspirowany koncertami Sharon w Polsce… Dawała wtedy występy przed gwiazdami wieczoru – The National, którzy promowali wtedy genialne High Violet. To właśnie przed tymi koncertami po raz pierwszy usłyszałem o sympatycznej Pani z Brooklynu. Przed najnowszym albumem miała już na swoim koncie dwa albumy, którymi zyskała sobie umiarkowaną popularność. Z Tramp w sumie było podobnie, chociaż było kilka głosów, mówiących, że to jedna z najbardziej wartościowych płyt tego roku. Popieram z całego serca. Zdecydowanie jest to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń tego roku. Sharon Van Etten serwuje pokaźną dawkę bardzo dobrych utworów, które bez zbędnych upiększeń i zabiegów producenckich bronią się same. Piękno płynie z prostoty, a Tramp jest na to najlepszym dowodem. 12 piosenek, która niezależnie od tego ile razy ich się słucha zapierają dech. Płyta miała swoją premierę 7 lutego, więc na zapoznanie się z nią było bardzo dużo czasu. Sam przyznaję, że zapoznawałem się nie raz, spędzając długie godziny na słuchaniu kolejnych utworów. Wysoką wartość albumu może potwierdzać to, że do tej pory nie znika z mojego odtwarzacza, a kolejne odsłuchania odkrywają kolejne połacie piękna, ukryte w każdej kompozycji.

Warto posłuchać: Serpents, Kevin’s, Magic Chords

11. Beach House – Bloom

okl_okl_32704

Przyznam się, że nigdy nie byłem wielkim fanem Beach House. Mało tego, w ogóle nie rozumiałem zamieszania wokół Teen Dream. Jasne, fajna płyta, ale bez szału, kilka dobrych piosenek. Łatwo więc zrozumieć z jaką rezerwą podchodziłem do Bloom, zwłaszcza, że znowu widziałem co wyrabia się w muzycznych mediach. Dałem jej jednak szanse i zostałem zauroczony. Każdy z utworów ma coś innego do zaoferowania przy jednoczesnym bardzo wyraźnym poczuciu tworzenia całości. Bardzo charakterystyczne, dream-popowe brzmienie Beach House daje dodatkowo bardzo przyjemny klimat, który uwypukla to, że płyta złożona jest po prostu ze świetnych piosenek. Nie ma co się za bardzo nad tym rozwodzić. Bloom to po prostu solidny, zbiór 10 utworów, z których każdy z osobna robi bardzo duże wrażenie, a jako niespełna godzinna całość tworzą bardzo solidną, zapadającą w pamięć porcję dźwięków. Tak, zrozumiałem fenomen Beach House, a potrzebowałem do tego właśnie Bloom. Warto też wspomnieć, że bardzo dobrym pomysłem jest kilkukrotne przesłuchanie płyty. Przy kolejnych podejściach do Bloom można odkryć coś nowego. Wiem to z własnego doświadczenia. Każdej niezdecydowanej osobie, lub przeciwnikom tego amerykańskiego zespołu polecam ten krążek. Dream-pop w najlepszym wydaniu.

Warto posłuchać: Myth, The Hours

10. Soulsavers – The Light the Dead See

95820

Na początku krótkie wprowadzenie historyczne. Soulsavers to producencki duet złożony z Richa Machina i Iana Glovera. Wspólnie nagrywają już od 2000 roku, trzy lata później wydali swój debiutancki album, ale nie byli szerzej znani aż do premiery albumu Broken w 2009 roku, który zagościł także na moim podsumowaniu roku. Koncepcja Soulsavers polega na tym, że dwóch założycieli komponuje utwory, w których wspomagają ich gościnni wokaliści. Na poprzednich albumach taką osobą był Mark Lanegan, nadający im swoim wyjątkowym głosem bardzo interesujący charakter. Przyszedł jednak czas na zmiany, Lanegan zajął się swoimi projektami, a w czasie promocji Broken, w ramach supportowania Depeche Mode na Tour of the Universe zapoznali się z Davem Gahanem i to z nim postanowili nagrać nową płytę. Czemu taki długi wstęp? Bo Soulsavers prawie w ogóle nie są znani, a szkoda. Dopiero obecność Gahana jako tako sprawiła, że świat o nich usłyszał. The Light the Dead See miała swoją premierę w maju 2012 roku i od razu przykuła moją uwagę. Pierwsze, co rzuca się w uszy to niepowtarzalny klimat płyty. Mrok, rozpacz i nadzieja mieszają się tu w sposób niespotykany. Tytuł albumu bardzo trafnie oddaje, to co można tu usłyszeć. Po drugie, na płycie nie ma słabej piosenki. Wszystkie utwory są bardzo umiejętnie skomponowane, a idealnie do nich pasujący wokal Gahana i zgrabne aranżacje dopełniają dzieła. Jeśli chodzi o minusy tą są to trzy sprawy: strasznie depresyjny klimat, zagęszczenie przygnębiających utworów i czasami drażniące teksty. Dlatego ostrzegam przed słuchaniem tej płyty osoby, które nie są w dobrej kondycji psychicznej. Wszystkie gorsze strony albumu nikną jednak kiedy rozpływamy się w niesamowicie wysokim poziomie piosenek. The Light the Dead See można bez problemu przesłuchać za jednym zamachem bez poczucia, że ma swoje gorsze momenty. Bardzo równa płyta, bez słabych momentów, zdecydowanie najlepsza w dorobku Soulsavers, jedna z najlepszych rzeczy jakie ostatnimi laty zrobił Dave Gahan.

Warto posłuchać: Longest Day, Presence of God, Gone Too Far, Bitterman

9. Frank Ocean – channel ORANGE

frank-ocean-channel-orange-1341918953

W większości serwisów muzycznych na świecie to właśnie channel ORANGE jest albumem numer jeden najlepszych albumów 2012 roku. Końca zachwytów nad tą płytą nie słychać. Przełomowa, legendarna, klasyk… i tak w kółko. Nie ma co się sprzeczać. Frank Ocean stworzył rzecz wybitną. Swoim solowym debiutem pchnął nowoczesne rnb w nowym kierunku. Tylko w takim razie czemu ciągle wydaje mi się, że channel ORANGE jest albumem przekombinowanym? Strasznie dużo tu pomysłów, genialnych zabiegów producenckich, płaszczyzn dźwiękowych, które tworzą wrażenie, że jest się świadkiem czegoś wielkiego. Tylko co jakiś czas pojawia się pytanie czy nie za dużo tego wszystkiego. Sam jeszcze do końca nie przekonałem się do tej płyty. Być może powodem jest to całe zamieszanie z nią związane, okrzyki uwielbienia krytyków, coming out Franka, zapowiedzi, że nic już więcej nie nagra, zbędny PR. Tymczasem za każdym przesłuchaniem coraz bardziej przekonuje się do stwierdzenia, że te utwory po prostu bronią się same. Takie piosenki jak Thinkin Bout You, Sweet Life czy Forrest Gump pokazują to chyba najlepiej. Na zupełnie osobne omówienie zasługuje jednak inny utwór. Z całą odpowiedzialnością o tej kompozycji można mówić jako arcydziele współczesnej muzyki. Pyramids to prawie 10 minut tego, co na albumie najlepsze, czyli inteligentnego, nienachalnego i pięknego grania. Pomysłów tu tyle, że można by obdarować nimi cały album. No i ten tekst. Każdy, kto chce orientować się we współczesnej muzyce powinien poznać co najmniej ten utwór. Do channel ORANGE jako całości wciąż się przekonuje. Może potrzeba czasu. Pamiętam, że podobną sytuację miałem kiedy zapoznawałem się z My Beautiful Dark Twistet Fantasy Kanye Westa. Oczywiście nie ma co zestawiać muzycznie tych dwóch albumów ze sobą, bo to zupełnie inna bajka. Później przekonałem się do dzieła autorstwa Westa, do czego potrzebowałem po prostu czasu, żeby płyta ułożyła mi się w głowie. Zobaczymy jak będzie w tym wypadku. Co by nie mówić, trzeba oddać Oceanowi, że zrobił rzecz wybitną, która bezsprzecznie zasługuje na wielkie brawa.

Warto posłuchać: Thinkin Bout You, Sweet Life, Pyramids

8. Grizzly Bear – Shields

Grizzly-Bear-Shields

Nie lubiłem Grizzly Bear, przyznam się. Uważałem, że to kolejna sztucznie napompowana gwiazdka indie, uwielbiana przez Pitchforka oraz rzesze fanów z rzadkimi wąsami i dziwnymi czapkami. Nawet po przesłuchaniu Veckatimest, która nawet przypadła mi do gustu, raczej nie zmieniłem zdania. Owszem, było kilka fajnych piosenek, słychać było wpływy the Beach Boys i niezły warsztat, ale bez szaleństwa jakie wzbudzili nadal nie rozumiałem. Nic dziwnego, że do Shields podchodziłem z ogromną rezerwą i po raz kolejny w tym roku zmieniłem zdanie o zespole. Pierwszym utworem z tego krążka, który usłyszałem było Gun-Shy, co jest dosyć dziwnym trafem, zważywszy na to, że nie jest singlem, a na płycie zajmuje miejsce numer 8. Piosenka strasznie przypadła mi do gustu i od razu miałem ochotę zapoznać się z resztą albumu. Shields nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia za pierwszym razem. Owszem, kilka fajnych piosenek, słuchać było wpływy the Beach Boys i niezły warsztat, ale szaleństwa jakie wzbudzili nadal nie rozumiałem. Lecz to właśnie te kilka perełek, wyróżniających kompozycji sprawiło, że chciałem jeszcze raz i jeszcze raz przesłuchać całość. Za każdym razem kiedy docierałem do ostatnich nut wybitnego Sun In Your Eyes miałem coraz bardziej pozytywne wrażenie. Shields wędrowało tak przez te kilka miesięcy coraz wyżej w podsumowaniu roku aż dotarło do tego miejsca. Nie bez przyczyny. Najnowszy krążek Grizzly Bear, jako kolejny w tym roku, udowadnia, że nie trzeba jakiś strasznie rozbudowanych efektów, by stworzyć piękne kompozycje. Większość piosenek jest oparta na prostych melodiach, gitarowym brzmieniu z lekką pomocą klawiszy, naturalna perkusja, więcej nie trzeba. Najważniejsze są dobre kompozycje. Tutaj mamy ich 10. Każda z nich inna, każda wyjątkowa, każda warta uwagi i osobnego omówienia. Shields może i nie są najlepszą płytą roku, ba, niektórzy mogą twierdzić, że nie jest najlepszą płytą Grizzly Bear. Mi się wydaje, że Panowie z Nowego Jorku stworzyli swoje największe dzieło, które z latami nabierze znaczenia, tak dużego jak dla mnie nabrało przez ostatnie miesiące.

Warto posłuchać: Yet Again, Gun-Shy, Sun In Your Eyes

7. Bat for Lashes – The Haunted Man

bat-for-lashes-the-haunted-man

Och Natasha. Jak to miło widzieć, że z roku na rok nagrywasz coraz lepsze rzeczy. Na początku bardzo dobre Fur & Gold z 2006 roku, później jeszcze lepsze Two Suns z 2009, a teraz!  Jakimś wielkim fanem dokonań Khan nigdy nie byłem, chociaż zawsze z uwagą przysłuchiwałem się jej płytom i darzyłem je wielkim szacunkiem. W końcu koło takich utworów jak Daniel czy Horse and I nie można przejść obojętnie. Tak więc mając w pamięci jej wcześniejsze dokonania, zaczęły do mnie docierać informacje, że Natasha Khan aka Bat for Lashes nagrywa nową płytę. Oczywiście zaciekawienie było. Później ogłoszono, że wystąpi na Open’erze w 2012 roku. Ciekawość rosła. Kiedy szedłem na ten koncert, miałem świadomość, że usłyszę co najmniej kilka nowych utworów. Zaczęła swoich starym materiałem, ale w pewnym momencie powiedziała ze sceny, że chce zaprezentować kilka nowych utworów. Z głośników popłynęły dźwięki Oh Yeah i już wiedziałem, że będzie bardzo dobrze. The Haunted Man trafiło do sklepów 12 października i od razu zabrałem się do słuchania. Pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne, przede wszystkim z powodu słyszanych wcześniej na koncercie utworów. Nowa płyta Bat for Lashes prezentuje jednak o wiele więcej niż te kilka znajomych piosenek. To według mnie pierwszy krążek Khan, który świetnie prezentuje się jako całość. Jest spójny, jednolity, a jednocześnie pokazuje kilka wybitnych kompozycji. Przede wszystkim The Haunted Man zachwyca pod względem niezwykle interesujących pomysłów kompozytorskich i tego w jaki sposób te utwory są skonstruowane. Wystarczy wspomnieć takie utwory jak chociażby tytułowy The Haunted Man czy Rest Your Head. Bardzo ważnym elementem albumu są teksty, trzymające bardzo dobry poziom, które chyba po raz pierwszy w przypadku Bat for Lashes tak bardzo przykuły moją uwagę. Dużo kontrowersji wzbudziła także okładka The Haunted Man i naga Natasha. Jak dla mnie obraz ten świetnie przedstawia charakter płyty. Szczerość. Szczerość, która pozwoliła stworzyć najlepszy w jej karierze, jeden z najlepszych kobiecych indie popowych krążków ostatnich lat.

Warto posłuchać: Oh Yeah, Laura, The Haunted Man, Rest Your Head

6. Leonard Cohen – Old Ideas

i-leonard-cohen-old-ideas-cd

Leonard Cohen swoją ostatnią płytę, Dear Heather wydał w 2004 roku. Powiem szczerze, że zbytnio mnie nie zachwyciła, przede wszystkim przez swój dość specyficzny charakter. Mimo to, po cichu miałem nadzieję, że Cohen nagra znowu wielki album, wróci w wielkim stylu tak, jak to robili ostatnimi czasu Waits, Dylan, czy Scott-Heron. Po niesamowicie udanej trasie koncertowej kanadyjskiego barda można było spodziewać się wszystkiego. Stało się i do rąk dostaliśmy album godny mistrza. Leonard Cohen nagrywał Old Ideas w wieku 77 lat… 77 lat! Większość muzyków w tym wieku nie żyje, tymczasem on nagrywa jedno z najlepszych rzeczy w życiu. Na nowym albumie Cohena jego wieku tak bardzo nie słychać, zresztą, nawet na swoim debiucie, kiedy miał 33 lata, brzmi tak jakby dobijał do 70tki. Kiedy jednak pomyślimy o tym jak zaawansowanym wiekowo człowiekiem jest Cohen, ile w życiu przeżył, ile rzeczy nagrał, to płyta ta nabiera zupełnie innego klimatu. Jak zwykle to u niego bywa, nie sposób przesłuchać płyty nie czytając równocześnie tekstów. Jeśli ktoś wcześniej nie miał do czynienia z jego twórczością pisaną to ostrzegam, jest ostro. Klasyczny Cohen. Teksty mają tym bardziej mocną wymowę, że mamy tu do czynienia z 77 letnim facetem, który nie boi poruszać się tematów, których osób jego wieku już raczej nie przystoi, a przynajmniej wydaje się niesmaczne. Klasyczny Cohen. Co do muzyki, to na Old Ideas znajdziemy raczej klimaty przypominające jego nowszą, spokojne aranżacje, bez żadnych szaleństw rytmicznych, po prostu spokojne granie i genialny głos. Mimo swojego wieku Cohenowi udało się utrzymać wokal na niesamowitym poziomie, którego brzmienie wywołuje ciarki, naprawdę. Old Ideas to płyta surowa, szczera, ostra tematycznie, dosadna, frywolna, a jednocześnie urzekająca i poruszająca. Leonard Cohen nagrał swój najlepszy album od czasu I’m Your Man z 1988 roku, nie ma co do tego wątpliwości. Old Ideas pokazuje jak genialnym artystą mimo swoich lat jest Cohen, że talent nie zna pojęcia wieku, a wielka forma może powrócić na każdym stadium życia. Wielki artysta, wielki album. Klasyczny Cohen.

Warto posłuchać: Amen, Darkness, Come Healing, Different Sides

5. Bruce Springsteen – Wrecking Ball

SPRINGSTEEN_WRECKING_BALL_7x7_site-500x500

Kolejny wielki powrót w tym roku.  W 2013 roku mija 30 rocznica wydania debiutanckiego albumu Springsteena, a facet cały czas nagrywa dobre albumy. Na Wrecking Ball, 17 studyjnej płycie Bruce’a od samego początku słychać bardzo charakterystyczne brzmienie, które wypracował sobie przez wszytkie lata kariery. Wyraźne melodia, stadionowe refreny, mocne teksty, Springsteenowski standard. Wrecking Ball jest jednak płytą o wiele cenniejszą, by nazywać ją po tylko standardową. Nową płytę otwiera utwór We Take Care Of Our Own i od razu słychać, że mamy do czynienia z klasycznym Springsteenowskim brzmieniem, znanym z jego największych wydawnictw. Co lepsze, jakość piosenek nie kończy się na godnym otwarciu płyty, wręcz przeciwnie. Im dalej, tym lepiej. W kolejnych utworach słychać z powodzeniem wykorzystane wpływy typowej, amerykańskiej muzyki dawnej. Springsteen nie stroni od skrzypiec, banjo, pomocnych chórków, charakterystycznych elementów gospel, bluesa czy nawet muzyki celtyckiej. Nie bez znaczenia jest współpraca Springsteena z muzykami, którzy pomagali mu nagrywać album We Shall Overcome: The Seeger Sessions z 2006 roku. Kiedy po raz pierwszy pojawiły się informacje o tym, że na nowej płycie Springsteena pojawi się obok elektronicznej perkusji pełny chór gospel (po raz pierwszy w jego dyskografii), a nawet kobiecy rap, bardzo duża grupa fanów Bossa, w tym ja, była zaniepokojona o efekt końcowy. Ku mojemu, jakże pozytywnemu, zaskoczeniu nie znajdziemy tu rewolucji, a raczej dodatkowy element instrumentarium, który jedynie dodał wyrazu niektórym kompozycjom, czego najlepszym dowodem jest Rocky Ground. Drugim obok brzmienia, prawdopodobnie najważniejszym składnikiem utworów Bruce’a Springsteena są teksty. Na tym polu dzieje się dużo. The Boss jest zdenerwowany, bardzo. Powodem takiego nastroju jest przede wszystkim kryzys w Stanach Zjednoczonych. Sam Springsteen podkreślał w wywiadach, że Wrecking Ball jest jego “najbardziej bezpośrednim albumem, wyłączając Nebraskę z 1982 roku, z którą ma zresztą wiele wspólnego.” Pół roku przed premierą Wrecking Ball zmarł wybitny saksofonista Clarence Clemons, trzon E Street Band i jeden z najważniejszych współpracowników oraz przyjaciel Springsteena. Można go usłyszeć w tytułowym Wrecking Ball oraz Land of Hope and Dreams. Utwory wybitne, które z pewnością wejdą do kanonu klasycznych pozycji w dyskografii Springsteena. To również one chyba najlepiej oddają charakter tej płyty, zarówno od strony tekstowej, jak i muzycznej. Ostatnią piosenką na Wrecking Ball jest We Are Alive, która przejmujący album kończy, wziętym z tytułu utworu, pozytywnym i jakże prawdziwym stwierdzeniem. The Boss wrócił i to w wielkim stylu, a na dodatek jest w świetnej formie. Trzeba jednak przyznać, że ta płyta nie jest ani przełomowa, ani tym bardziej najlepsza w jego dyskografii, ale czy musi taka być? Wrecking Ball intryguje, porusza, serwuje nam świetne kompozycje i wzbudza dokładnie te emocje, za które cenimy Bruce’a Springsteena najbardziej.

Warto posłuchać: We Take Care of Our Own, Wrecking Ball, Land of Hope and Dreams

4. Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.d city

kendrick-lamar-good-kid-maad-city-1350679355

Kim jest Kendrick Lamar? Młody, nawet bardzo młody raper amerykański związany z nurtem west coast rapu. Karierę muzyczną zaczynał już jako nastolatek i powoli zyskiwał uznanie w lokalnym świecie muzycznym, tak bardzo bogatym w wielkie postaci z kręgu rapu. W 2011 roku wydał niezależnie swój debiutancki album, Section.80, który można było pozyskać jedynie przez serwis iTunes. Płyta stała się undergroundowym hitem, zbierając świetne oceny u krytyków muzycznych z całego świata. Album jednak nie sprawił, że Kendrick przebił się do mainstreamu i zyskał sławę. Zaczął jednak coraz częściej występować na płytach swoich znajomych, wielkich gwiazd muzyki. Sprawiło to, że wiele osób zaczęło czekać na drugi album Lamara. Przyznam się, że nazwisko tego amerykańskiego obiło mi się o uszy, ale bez większego skutku. Dopiero po recenzjach jego drugiej płyty zdecydowałem się go posłuchać. I jakie ogromne było moje zaskoczenie. Good Kid, M.A.A.D City (a raczej good kid m.A.A.d city) to jedna z najlepszych rzeczy, które spotkała west coast rap od wielu, wielu lat, ba, jedna z najlepszych rzeczy, które spotkała rap w ogóle. Przechodząc do konkretów… Nie ukrywam, uwielbiam albumy koncepcyjne. Taka moja słabość. Wychowany między innymi na Pink Floyd i King Crimson od małego doceniałem kiedy artysta tworzył coś, co wychodzi poza zbiór dobrych piosenek, tworząc spójną całość opowiadającą konkretną historię, czy omawiająca dany problem. Czytając recenzje Section.80, to właśnie zamysł konceptualny Kendricka był wymieniany pośród największych zalet tego debiutu. Na good kid m.A.A.d city idzie jeszcze dalej. Tworzy album o dorastaniu w Compton, miejscowości znanej w historii jako jedno z zagłębi gangów zachodniego wybrzeża, które działają tam bardzo prężnie po dzień dzisiejszy. Wystarczy chociażby wspomnieć legendarny Straight Outta Compton grupy N.W.A. Lamar w każdej kompozycji opowiada o latach dzieciństwa, życiu emocjonalnym, rozdarciu między przyjaciół i ich wpływ a osobistą wizję świata, mówi o traumatycznych przeżyciach z tamtego okresu, a także przeszłości w kontekście wzroście swojej popularności w teraźniejszości. To wszystko uzupełnione wstawkami mówionymi, na wzór odsłuchiwania taśm z nieokreślonego archiwum daje wrażenie nie albumu muzycznego, ale albumu dokumentalnego. Dodatkowo, Kendrick bardzo starannie dobiera bity do tematów swoich utworów. Kiedy piosenka opowiada o popisywaniu się przed znajomymi mamy do czynienia z ostrym, wyraźnym bitem, a kiedy tematem są jego osobiste wrażenia dostajemy subtelną muzykę opartą na basach, która daje wrażenie introwertyzmu i intymności. Wystarczy posłuchać wybitnego The Art Of Peer Pressure, która dzieli się na dwie części w zależności od punktu widzenia autora: osoby cieszącej się zabawą z przyjaciółmi i kogoś kto ma wątpliwości czy takie zachowanie może coś wnieść do jego życia. Mało tego, good kid m.A.A.d city serwuje także bardzo dobre występy gości specjalnych jak Dr Dre, Jay Rock czy Drake. Wszyscy bardzo dobrze wypadają, wszyscy zostali bardzo dobrze umieszczeni w konkretnych utworów, słychać, że wybór był bardzo dobrze przemyślany. Podobnie jest z samplami. Za każdym razem kiedy słyszę utwór good kid, w którym wykorzystana jest część utworu We Live in Brooklyn, Baby Roya Ayersa jestem pod przeogromnym wrażeniem, świetny pomysł, jeszcze lepsza realizacja. Kendrick Lamar nagrywając good kid m.A.A.d city stworzył album klasyczny, nie mam co do tego wątpliwości. Bez żadnego skrępowania można go wymieniać razem z My Beautiful Dark Twisted Fantasy Kanye Westa czy undun the Roots jako kamień milowy we współczesnym rapie. Z całego serca wszystkim polecam zapoznanie się z tym albumem, bez znaczenia czy lubicie ten styl. Wybitne dzieło.

Warto posłuchać: The Art of Peer Pressure, good kid, m.A.A.d city, Swimming Pools (Drank)

3. Swans – the Seer

swans-seer-okladka

Kiedy Swans wracali na scenę po 13 latach przerwy nikt nie wiedział czego się spodziewać. Kiedy wreszcie doczekaliśmy się pierwszego od 14 lat albumu studyjnego grupy wiadomo było, że to zespół nie tyle będzie próbował wrócić do dawnej formy, ale to właśnie teraz przyszedł czas na ich największą formę artystyczną. My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky był intrygującym, strasznie ciekawym i wciągającym dziełem. Jeśli jednak mówić w takich kategoriach albumie z 2010 roku, to sam nie wiem co napisać o ich najnowszym wydawnictwie. Zapowiedzi następcy My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky dostawaliśmy już na długo przed premierę. Kompozycje, które później miały złożyć się na nową płytę powstawały przez 2011, a kiedy wyruszyli na trasę w 2012 zaczęli wykonywać nowe utwory na żywo. Swans ogłoszono jako główną gwiazdę OFF Festivalu 2012 w Katowicach. Nie ukrywam, że bardzo ucieszyłem się tą wiadomością, nie dlatego, że jestem jakimś ogromnym fanem, ale po prostu cieszyłem się, że będę miał okazję zobaczyć legendę. Podczas swojego dwugodzinnego katowickiego występu Swans zagrali 5 utworów. Zostałem absolutnie zmiażdżony. Jeśli macie możliwość, koniecznie idźcie na ich koncert. Nie miałem pojęcia co mnie czeka, nie słuchałem wcześniej nowej płyty, mimo to, że wyciekła na kilkanaście dni przed festiwalem. Ich koncert był przeżyciem na tyle niecodziennym, że przez dwie godziny stałem wryty i patrzyłem tylko co wyrabia się na scenie. Zatrwożony i zahipnotyzowany. Taki jest the Seer. Tego albumu się nie słucha, jego się chłonie. Prawie dwie godziny artystycznego wyżycia. Muzyka jest brudna, ciężka, mroczna, momentami obrzydliwa i odpychająca. Jednak kiedy wybrzmią ostatnie uderzenia perkusji zamykające album, poza uczuciem ulgi, ma się wrażenie, że przed chwilą doświadczyło się przeżycia metafizycznego i ma się ochotę raz jeszcze przedrzeć się przez te kompozycje. The Seer jest wyzwaniem dla słuchacza, nie da się ukryć. Aby przesłuchać ten album od początku do końca trzeba mieć poza sporym kawałkiem wolnego czasu nerwy ze stali i mocną głowę. Swans nie oszczędzają nikogo. Sam podchodziłem do the Seer kilka razy, a przesłuchać wszystko za jednym zamachem w całości udało mi się tylko raz. Mimo to, zachęcam wszystkich do posłuchania. Z tym albumem jest tak, że trzeba się zmusić do jego przesłuchania. Kiedy wreszcie się uda, wcale nie będzie się żałowało, a uczucia, które będą wam towarzyszyć po przebrnięciu na drugą stronę będą nie do opisania. Bo tak na dobrą sprawę the Seer nie słucha się dla przyjemności. Tego albumu słucha się dla doświadczenia, dla przeżycia ogromu i monstrualności, która niesie ze sobą coś niepokojąco interesującego, co każe słuchać jeszcze raz, jeszcze raz zagłębiać się w tych dźwiękach. Dodatkowo, polecam słuchać tego albumu w słuchawkach, na maksymalnej głośności, przy zgaszonym świetle, samemu w pokoju. Sam zrobiłem tak, kiedy ten jeden raz przebrnąłem za jednym zamachem przez całość. Nie powiem, że nie żałuje, bo skłamałbym, ale z pewnością przyniosło mi to niezapomniane wrażenia. The Seer to z całą pewnością najbardziej zaawansowana pod względem artystycznym płyta roku. Pod względem wagi i ogromu wartości wniesionej do świata muzyki, prawdopodobnie najważniejsze wydarzenie roku.

Warto posłuchać: Lunacy, the Seer, Avatar, A Piece Of The Sky

2. Bobby Womack – The Bravest Man in the Universe

Bobby-Womack

Bobby Womack funkcjonuje w przemyśle muzycznym od 1952 roku, co sprawia, że w 2012 roku minęła 60 rocznica jego działalności artystycznej. Robi wrażenie, nie? Przez te wszystkie lata udało mu się nagrać kilkadziesiąt płyt, które największe sukcesy odnosiły w latach 70. i pierwszej połowie lat 80. Później świat zapomniał o nim, a raczej wytwórnie płytowe nie widziały w nim kogoś, kto mógłby nagrywać rzeczy wybitne. Sam Womack w niedawno danym wywiadzie przyznał, że tak naprawdę wszystko co kiedykolwiek zrobił było nadzorowane przez firmy, które kazały mu produkować hity. Nigdy, mimo ogromnego talentu, nie miał możliwości swobodnego wyrażenia artystycznego. Syndrom gwiazdy zapomnianej. I nagle stała się rzecz, która sprawiła, że świat po raz kolejny usłyszał o wielkim wokaliście rnb. Tym cudem okazał się Damon Albarn, który zaproponował Womackowi współpracę przy nowej płycie Gorillaz (Bobby sam przyznał, że nie ma pojęcia co to takiego). Efektem sesji nagraniowych Plastic Beach z jego udziałem były kompozycje Stylo i fenomenalne Cloud of Unknowing. Niedługo później okazało się, że Womack planuje swój wielki powrót na scenę solową płytą, nagrywaną pod okiem Albarna i Richarda Russella, właściciela XL Records, współtwórcy genialnego I’m New Here Gil Scott-Herona. Jeśli takie trzy postaci spotykają się w studiu nagraniowym, to wiadomo, że efekt może być zdumiewający. I tak w marcu 2012 usłyszeliśmy pierwszy utwór promujący nowy album pt. Please Forgive My Heart. Cudo! Aż mnie skręcało z ciekawości, bo na premierę pełnego albumu trzeba było czekać kolejne kilka miesięcy. W czerwcu wreszcie doczekałem się. Do moich rąk trafił The Bravest Man in the Universe, album rzeczywiście odważny, którego przesłuchałem już nie pamiętam ile razy, a za każdym razem słyszałem co innego, ba, wciąż słyszę co innego. Womack powiedział, w popremierowym wywiadzie ze łzami w oczach, że to pierwsza autorska rzecz, którą zrobił w życiu. Płyta jest niesamowicie przejmująca, pełna osobistych i fenomenalnych tekstów, jak chociażby ten w tytułowym utworze. Od strony muzycznej dzieją się tutaj rzeczy charakterystyczne dla ostatnich dokonań Albarna, czyli zabawy z syntezatorami, elektroniczną perkusją i efektami dźwiękowymi, które będąc tłem dla czystego, fenomenalnego wokalu Womacka tworzą bardzo udaną teksturę. Może i nie jest to płyta idealna, mająca swoje gorsze momenty, ale za to niesie ze sobą tak ogromny bagaż emocjonalny, że trudno to opisać. Nagrał ją człowiek uważany powszechnie za legendę rnb, który wreszcie mógł dać upust swojemu talentowi, który wreszcie stworzył coś, co może definiować jego 60 lat kariery. Poza tym, po raz kolejny w 2012 roku mamy do czynienia ze świetnym zamysłem albumu jako całości. Słychać, że The Bravest Man in the Universe jest tworzone jako monument, dzieło totalne, niosące za sobą moc nagromadzonego doświadczenia, w każdym możliwym sensie, streszczenie kilku dekad artystycznego życia muzyka. Bobby Womack ostatnimi czasy zmaga się z przeróżnymi chorobami (wyleczony rak, wczesne stadium alzheimera). Nie powiem, że The Bravest Man in the Universe byłby świetnym zwieńczeniem kariery, tak jak I’m New Here dla śp. Scott-Herona, to byłoby zbyt okrutne i przykre. Powiem raczej, że The Bravest Man in the Universe jest kamieniem milowym w karierze Bobby’ego Womacka, jedną z najlepszych rzeczy jakie udało mu się nagrać, a wyrazu temu przedsięwzięciu dodaje jeszcze to z jaką radością artysta odnosi się do tego, że wreszcie mógł nagrać coś takiego, jak bardzo cieszy się z faktu, że zrobił coś tak osobistego, jak bardzo czuje się spełniony. To spełnienie przekłada się na muzykę, to spełnienie przekłada się na jakość. To spełnienie słychać.

Warto posłuchać: The Bravest Man in the Universe, Please Forgive My Heart, Whatever Happened To The Times, If There Wasn’t Something There

1. Godspeed You! Black Emperor – ‘Alleluhah! Don’t Bend! Ascend!

1349172980_cover

Godspeed You! Black Emperor powstali w 1994 roku, w Montrealu. Swój debiutancki album F♯ A♯ ∞ wydali trzy lata później, w 1997 roku, którym zjednali sobie zarówno krytyków, jak i nieliczną, ale fanatyczną grupę fanów. Później przyszedł czas na dzisiaj legendarne już Slow Riot for New Zerø Kanada z 1999 i Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven z 2000 roku oraz Yanqui U.X.O. z 2002 roku i koniec. GY!BE zawiesili działalność, ponieważ członkowie zespołu udali się w poszukiwaniu innego sposobu muzycznej samorealizacji. W 2010 roku marzenia fanów o wznowieniu działalności przez grupę zaczęły powoli się realizować. Pojedyncze koncerty powoli zmieniły się w poważne, ogólnoświatowe trasy koncertowe. W końcu to z występów na żywo GY!BE słynie najbardziej. Rok później, w 2011 członek zespołu potwierdził, że grupa pracuje nad nowym materiałem. Kolejne miasto, kolejny koncert, 1 października 2012 roku, zespół wychodzi na scenę, gra swój materiał, po czym ktoś mówi ze sceny, że w sumie nagrali nową płytę i jak chcecie to możecie ją kupić na stoisku w sali. Tak odbyła się premiera jednego z najbardziej oczekiwanych wydawnictw tego roku. Godspeed You! Black Emperor wrócili. Bardzo ciężko pisać mi o zespole, którego poznałem bardzo niedawno, który był jednym z moich największych zaniedbań jeśli chodzi o współczesną muzykę, o którym wiem, że ma bardzo silną i niezwykle oddaną grupę fanów, którzy wiedzą o nim wszystko. Jednocześnie ciężko mi się wypowiadać po usłyszeniu tego, co kanadyjska legenda zrobiła na swojej najnowszej płycie. Zdania krytyków są podzielone, jedni uważają, że ‘Allelujah! Don’t Bend! Ascend! to jedno z największych dokonań zespołu, inni, że brak tu niepowtarzalnego klimatu i świadomości wielkiego dzieła jak z pierwszego okresu działalności grupy. Tu za wielki przywilej uważam właśnie to, że z twórczością GY!BE zapoznałem się dopiero niedawno, ponieważ nie mam jeszcze takiego powiązania emocjonalnego z wczesnymi osiągnięciami grupy. Dla mnie ‘Allelujah! Don’t Bend Ascend! jest arcydziełem. Nie wiem, może dlatego mam takie odczucia, że dokładnie takiej muzyki było mi trzeba w tym roku, i że trafili dokładnie w moje aktualne gusta i poszukiwania muzyczne. Na nową płytę Godspeed You! Black Emperor składają się 4 utwory (cztery!) o łącznej długości niecałych 55 minut (różne długości w zależności czy słuchamy płyty winylowej czy CD). Wspomniane 4 utwory dzielą się na dwie grupy. Są nimi dwie długie, rozbudowane i złożone kompozycje oraz dwa krótsze drone’y, umieszczone na płycie naprzemiennie. Utwory rozbudowane znane były fanom już na wiele lat przed premierą albumu, były bowiem wykonywane na żywo na koncertach jeszcze nawet w 2003 roku, zaraz przed zawieszeniem działalności. Taka przemyślana, a jednocześnie bardzo prosta konstrukcja albumu daje porażający efekt, który wprowadza niezwykły klimat, którego nie podejmuje się opisać słowami. Na uwagę zasługuje fakt, że dwie długie kompozycje są bardzo rozbudowane pod względem konstrukcji, składają się z krótszych form, które bardzo umiejętnie poskładane brzmią niezwykle efektownie. Z drone’ami jest podobnie, oczywiście ze względu na charakter tego stylu muzycznego zbytniej dynamiki rytmicznej wymagać nie można, ale to bardzo dobrze. Godspeed You! Black Emperor w tych dwóch krótszych formach buduje naprawdę niesamowite tekstury, które porażają swoją mocą ukrytą w prostocie, bardzo dobrze uzupełniając dłuższe utwory. To właśnie ‘Allelujah! Don’t Bend! Ascend! zrobiła na mnie największe wrażenie w tym roku. Bardzo gorąco zachęcam do zapoznania się z nią w podobny sposób jak ja to zrobiłem, czyli założyć słuchawki, zgasić światło, ustawić maksymalną głośność, wyłączyć się na godzinę i dać ponieść się tym dźwiękom. Godspeed You! Black Emperor zyskali sobie nowego fana.

Warto posłuchać: Mladic, Their Helicopters’ Sing


Dla uzupełnienia dodam, że jakbym miał wywierać pięć najważniejszych płyt pod względem wkładu w rozwój muzyki czy wartości warsztatowych to byłyby to Death Grips – the Money Store, Frank Ocean – channel Orange, Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.d city i oczywiście Swans – the Seer. Powyższe podsumowanie jednak jest zestawieniem ulubionych płyt, przez co kolejność jest nieco inna, z korzyścią dla wydawnictw, które osobiście podobały mi się bardziej, lepiej mi się słuchało, do których bardziej się przywiązałem. Co do samej kolejności, to patrząc wstecz, dopiero z biegiem czasu odkrywam, że najlepsze płyty znajdują się gdzieś w okolicach miejsc 5-15 i to właśnie do nich wracam w następnych latach najczęściej. Polecam więc zapoznanie się przynajmniej częściowe z wybranymi pozycjami, które wydają wam się ciekawe.

Wartościowych piosenek w tym roku było naprawdę strasznie dużo. Gdybym chciał je wszystkie tu wymienić to lista pewnie nie zamknęłaby się w 100 kompozycjach. Postanowiłem więc wybrać to, co stanowi esencję tego roku w muzyce i bez zbytniego rozpisywania się przedstawić wam 25 moich piosenek, które zrobiły na mnie największe wrażenie przez minione 12 miesięcy. Maksymalnie jeden utwór danego wykonawcy.

Najlepsze kompozycje 2012 roku

1. Godspeed You! Black Emperor – Mladic
Za złożoność, kunszt kompozytorski i moc.

2. Bruce Springsteen – Land of Hope and Dreams
Za wielkość muzyki, zdolność do poruszania i tekst.

3. Bat for Lashes – Laura
Za piękno, prostotę i wzruszenie.

4. Frank Ocean – Pyramids
Za artystyczne rozbudowanie, ogrom świetnych pomysłów i stworzenie arcydzieła.

5. Grizzly Bear – Sun In Your Eyes
Za umiejętność tworzenia wielkości z prostoty, świetną budowę i poetyckość.

6. Dry the River – No Rest
Za kolejny dowód, że debiutanci mogą tworzyć genialne i chwytliwe utwory.

7. M.I.A. – Bad Girls
Za nagranie najlepszej rzeczy od 5 lat, świetną muzykę i genialny teledysk.

8. Bobby Womack – Please Forgive My Heart
Za piękno w czystej postaci tworzone przez żywą legendę muzyki.

9. Atoms for Peace – Default
Za pokonywanie kolejnych granic i to, że mamy na co czekać w 2013 roku.

10. Kendrick Lamar – The Art of Peer Pressure
Za poruszającą zabawę formą i klimat.

11. Tame Impala – Feels Like We Only Go Backwards
12. Spiritualized – Hey Jane
13. Swans – the Seer
14. Leonard Cohen – Darkness
15. Great Lake Swimmers – Think That You Might Be Wrong

16. Alabama Shakes – I Found You
17. Beach House – Myth
18. Katy B – Got Paid
19. Django Django – Default
20. Mount Eerie – Pale Lights

21. The Maccabees – Pelican
22. The Beach Boys – That’s Why God Made the Radio
23. TNGHT – Higher Ground
24. Hot Chip – Night & Day
25. Niki & the Dove – DJ, Ease My Mind

Najlepsze koncerty 2012 roku

W tym roku, tak jak zawsze, nie będę rozpisywał się na temat koncertów. Powiem tak, 2011 rok ciężko będzie pobić pod względem koncertowym czymkolwiek, bo to co wtedy się działo było rzeczą nie do opisania. Zgodnie z moimi oczekiwaniami ilościowo 2012 rok nie okazał się lepszy, ale to nie oznacza, że nic się nie działo. Było kilka fenomenalnych koncertów, które będę wspominał latami. Przede wszystkich chodzi o genialne trzy występy, które wyszczególniłem w tym zestawieniu. Cała trójka powaliła mnie na kolana, każdy w zupełnie inny, niepowtarzalny sposób. Pozostałe koncerty, które wypisałem stanowią pewnego rodzaju rekomendację bez pisania który lepszy, który gorszy. Zresztą, bardzo trudno układać zestawienia najlepszych koncertów i przypisywać im numerki. Po prostu jeśli będziecie mieć okazję zobaczyć któregoś z tych wykonawców, nie zastanawiajcie się, warto, szczególnie na pierwszą trójkę.

1. Bruce Springsteen & the E Street Band @ Synot Tip Arena, Praga, 11.07.2012
2. Björk @ Open’er Festival, Gdynia, 04.07.2012
3. M83 @ Open’er Festival, Gdynia, 06.07.2012

Inne:
Sigur Rós @ Sacrum Profanum Festival, Kraków, 16.11.2012
Coldplay @ Stadion Narodowy, Warszawa, 19.11.2012
The Roots @ Coke Live Music Festival, Kraków, 11.08.2012
Iggy and the Stooges @ OFF Festival, Katowice, 04.08.2012
Swans @ OFF Festival, Katowice, 05.08.2012
Battles @ OFF Festival, Katowice, 05.08.2012
Penderecki//Greenwood @ Open’er Fesival, Gdynia, 05.07.2012
Barn Owl @ Kino Światowid, Katowice, 11.05.2012
Metronomy @ OFF Festival, Katowice, 03.08.2012
Muse @ Atlas Arena, Łódź, 23.11.2012
Dry the River @ Open’er Festival, Gdynia, 05.07.2012

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close