The Best of 2010

Muzyczne podsumowanie 2010 roku

50 najlepszych albumów 2010 roku

To był bardzo dobry rok dla muzyki, przyniósł kilka perełek, klasyków, do których z przyjemnością będzie się wracać latami. Niektóre z nich niewątpliwie staną się kanonem 21 wieku. Czy przesadzam? Może trochę, ale to nie zmienia faktu, że był to rok, w którym światło dzienne ujrzało wiele dzieł wybitnych. Po raz pierwszy w historii moich podsumowań postaram się dodać krótkie komentarze do pierwszej dwudzieski płyt, które można potraktować zarówno jako uzasadnienie wyboru albo najzwyczajniej w świecie jako rekomendację.


Wszystkie kompozycje wypełniające płytę zasługuje na brawa, ba, owacje. Nie ma tu słabego utworu, każdy jest świetnie przemyślany, skomponowany i oryginalnie wykonany. The National tym wybitnym albumem w pełni zasłużyło sobie na miano jednego z największych amerykańskich zespołów obecnie nagrywających i koncertujących. High Violet jest płytą, która bez wątpienia pod każdym względem zapada i będzie zapadać głęboko w pamięć. Przez lata będzie grać w mojej głowie i pozostawać pod igłą w moim osobistym odtwarzaczu.


Kolejne po High Violet dzieło, które ma predyspozycje do uzyskania miana klasyku. Mimo to, że Funeral nie dorównuje to osiąga zupełnie inne szczyty; mimo to, że jest zupełnie inną lekturą niż Neon Bible, dostarcza równie niezapomnianych wrażeń. , Jest kolejną odsłoną oryginalnego stylu Arcade Fire, lecz nie jest jego kolejnym odtworzeniem, lecz kolejnym krokiem na drodze ewolucji. Zawiera utwory, które są wizytówką tego roku, jak na przykład Rococco czy Sprawl II. Jeśli byłaby krótsza, byłaby jednym z największych dokonań tego wieku; teraz pozostaje tylko w czołówce. Mrocznie lekka, niezapomniana.


Plastic Beach to kolejna odsłona kameleona zwanego Gorillaz. Za każdym razem zaskakują, za każdym razem zatrważają, za każdym razem zachwycają. Geniuszu Demon Days nie przeskoczyli, lecz stworzyli coś dziwnie świetnego, album przez który trzeba się przebić, poznać, znienawidzić, powrócić i dopiero pokochać. Do tego potrzeba czasu, cierpliwości, nie można jej po pierwszym przesłuchaniu rzucać w kąt, ponieważ za każdym razem można odkryć w niej coś nowego. Jest to album, który jest nie tylko oryginalny, ale przy okazji tajemniczy i piękny.


Od samego początku miałem mieszane uczucia co do tego albumu. Wątpliwości pozostały do dzisiaj, bo tak naprawdę jak obiektywnie można ocenić coś co powstało po Sound of Silver? Ta płyta wymaga czasu jak żadna inna w tym roku, trzeba się przez nią przegryźć, zdjąć tą skorupę zawodu, która powstaje po pierwszym przesłuchaniu i wsłuchać się w jej definiujące nowoczesne elektroniczne, live-bandowe brzmienie. Jest to album bardzo kontrowersyjny, ale jego muzycznych i tekstowych walorów nikt mu nie zabierze. Wiem jedno, z pewnością przez lata będę wracał do Home, takich utworów się nie zapomina.


W jaki sposób można przebić opus magnum freak folku jakim był album Ys? Jak można zerwać z jarzmem syndromu płyty poświetnej? Odpowiedź jest prosta: skomponować dwugodzinny spektakl muzyczny, który mimo to, że chwilami przydługawy i ciężkostrawny, odpowiednio porcjowany jest daniem pierwszorzędnym. Joanna Newsom jest trudną artystką, tym bardziej nie należy spodziewać się prostej wędrówki prowadzącej przez te 3 płyty, a nie jest to spokojny letni spacer, raczej pełna przygód wyprawa. Wyprawa, z której każdy przyniesie jakąś pamiątkę, której pozostanie wierny przez lata.


Niech wszystkie wrażliwe na brutalność osoby wyjdą, uwaga, następujące nagrania mają drastyczny charakter. Drastycznie porażający, pod każdym względem. Energia aż bije po twarzy, a moc omal nie rozrywa głośników. Z drugiej strony nie jest to album serwujący klasyczną sieczkę, ale raczej dobrze zaserwowane, krwiste mięso z wykwintnym winem. Jak wiemy wino im starsze, tym lepsze, czego Nick Cave z kolegami jest świetnym przykładem. Druga odsłona Grindermana jak już sama okładka wskazuje zrywa z małpim szaleństwem i zaprzyjaźnia się z wilczą klasą i całą jego dzikością i wszystkimi zwierzęcymi żądzami.


Wielki powrót Gil Scott-Herona po 16 latach. Naprawdę wielki. Ten album to nieco ponad 28 minut czystej poezji – dosłownie i w przenośni. Stosunkowo niewielka ilość muzyki zawiera dawkę treści, która przewyższa większość dokonań zarówno z 2010 roku, jak i poprzednich lat. Każdy utwór, każde wtrącenie, każdy przecinek jest tu istotny, każda nuta świetnie pomyślana i przemyślana. Każda z kompozycji ma swój niepowtarzalny klimat i aurę, która pożera słuchacza w całości, dając mu pole do analizy i interpretacji będącej zupełnie inną od tej szkolnej; raczej tą podświadomą, emocjonalną, wewnętrznie wyczuwalną oczami serca. Album mistyczny, enigmatyczny, wzruszający, poruszający, inspirujący, depresyjny, zatrważający i zachwycający.


One Life Stand jest jedynym w swoim rodzaju osiągnięciem muzyki dance-rockowej. Z jednej strony niesamowita radość i zabawa płynąca ze świetnych bitów, z drugiej przepełniona melancholią i mrokiem opowieść. Moim zdaniem najlepsze osiągnięcie w dyskografii Hot Chip gdzie pojawiały się utwory genialne, ale brakowało albumowej spójności – tej można tu uświadczyć w pełnej krasie. Brytyjska formacja pokazuje w jaką stronę można łączyć i powinno się łączyć gitary i syntezator perkusyjny, połączenie w tym wypadku bardzo udane.


Ten drugi album kolejnego projektu najbardziej zapracowanego człowieka 21 wieku – Jacka White’a jest dawką nieprzebranej mocy płynącej z szczerego gitarowego grania, które nabiera dziwnie świeżego brzmienia. W czasach kiedy większość godzi się ze stwierdzeniem, że nie można nagrać prawdziwego, ostrego albumu, który nie będzie popadać w dublowanie historii, White wypływa na Morze Tchórzy i złowieszczo śmieje im się w twarz. Tak, ta płyta jest po prostu świetnym rockowym dziełem, będącym pod wpływem zarówno klasycznego bluesa, jak i metalu. Bardzo porządne gitarowe granie, które pokazuje o co tak naprawdę tu chodzi; pokazuje esencję rocka na niespełna 40 minutach czarnego krążka.


10. Robyn – Body Talk: Pt. 1; Pt. 2; Pt. 3

Pomijając na wstępie wszelkie wątpliwości wynikające z dziwnej formy wydawania powyższych płyt postanowiłem potraktować je jako trylogię tworzącą jedno dzieło, dzieło niepowtarzalne, które swoim polotem, melodyjnością i lekkością porywa do tańca od pierwszego przesłuchania. Bardzo przyjemne, łatwo przyswajalne, a zarazem inteligentne granie; czasami zadziorne, drapieżne, z drugiej strony refleksyjne, a z trzeciej i czwartej bezproblemowe i entuzjastyczne. Body Talk jest dużą dawką porządnego tanecznego grania, które wybija się na tle innych swoją oryginalnością.


11. Kanye West – My Beautiful Dark Twisted Fantasy

Fantazja Kanye jest tak ciemna i pokręcona, że jej prawdziwe piękno można dostrzec dopiero po spokojnym, wielokrotnym przesłuchaniu i przeanalizowaniu. Na albumie znalazło się kilka niewiarygodnych utworów jak Lost in the World (klasyk!), All of the Lights (klasyk!!) czy POWER (klasyk.), które niepozwalają przejść koło tego albumu obojętnie. Jednak mimo wszystko MBDTF wciąż mnie nie przekonała, zobaczymy co będzie się z nią działo w przeciągu najbliższych lat, czy przetrwa i potwierdzi ubóstwienie krytyków.


12. Massive Attack – Heligoland

Album straconych nadziei. Gdyby do skutku doszła premiera materiału słyszanego na przegenialnym gdyńskim koncercie w 2008 roku mielibyśmy bezkonkurencyjną płytę roku. W zamian mamy do czynienia z przegenialną (dosłownie) połową [sic!] albumu.


13. Sufjan Stevens – The Age of Adz

Sufjan po metamorfozie. Na lepsze? Na inne, dziwne. Można powiedzieć, że przekombinował, przez swój geniusz dotarł do ślepej uliczki. Dużo w tym z prawdy, co nie zmienia faktu, że na płycie pojawiają się kompozycje wybitne, kolejne sufjanowskie klasyki, czego o albumie niestety nie można powiedzieć.


14. Swans – My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky

Album niesamowicie trudny, wręcz toporny, niestrawny, ale za to jaki ten kwas przepyszny… taki, że potrafi poprowadzić do gwiazd w swoich transowych rytmach i hipnotyzujących melodiach.


15. Antony and the Johnsons – Swanlights

Antony jak to Antony, jest jedyny w swoim rodzaju, śpiewa przepięknie, tworzy piękne kompozycje, tylko czasami za bardzo ponosi go fantazja. Swój styl doprowadził do perfekcji na The Crying Light (moja płyta roku 2009), tym razem czegoś tu brakuje, niby jest pięknie, ale to już nie to samo, nie to samo piękno.


16. Brian Wilson – Brian Wilson Reimagines Gershwin

Geniusz sprzed lat powraca z przepięknym albumem, co prawda tylko w minimalnej ilości autorskim, ale za to jak pięknie wykonanym.


17. Jónsi – Go

Jónsi niesigurrosowy, a raczej kontynuacja ich ostatnich dokonań w dość specyficzne terytoria, chwilami zapierające dech w piersiach swoim pięknem.


18. The Chemical Brothers – Further

Kolejny bardzo dobry krążek chemicznych braci, co prawda nieco różni się od poprzednich dokonań, ale przez to jest tym bardziej interesujący, zwłaszcza, że usłyszeć na nim można takie utwory jak Horse Power, Another World czy Swoon.


19. Sufjan Stevens – All Delighted People EP

Zapowiedź rewolucji brzmieniowej Sufjana. EP-nie-EP, bo trwająca aż 59 min, ale za to jakie 59min… Tak jak na the Age of Adz, dużo kombinowania i artystycznych doznań, przede wszystkim bardzo pozytywnych, z trzema genialnymi utworami w tle (All Delighted People (!), Enchanting Ghost (!!) i Djohariah (!!!))


20. Laura Veirs – July Flame

Jedno z moich odkryć roku, bardzo przyzwoita płyta, parę przecudownych utworów, a co najważniejsze – nie nudzi się, nawet w ogromnych ilościach. Piękna płyta.


21. Johnny Cash – American Recordings VI: Ain’t No Grave

22. Natalie Merchant – Leave Your Sleep

23. The Besnard Lakes – The Besnard Lakes Are the Roaring Night

24. Midlake – The Courage of Others

25. Eluvium – Similies


26. Faithless – The Dance

27. Sleigh Bells – Treats

28. Caribou – Swim

29. Pantha du Prince – Black Noise

30. Groove Armada – Black Light


31. Jamey Johnson – The Guitar Song

32. Ólafur Arnalds – …And They Have Escaped The Weight Of Darkness

33. Slash – Slash

34. Bill Callahan – Rough Travel For A Rare Thing

35. The Mynabirds – What We Lose In The Fire We Gain In The Flood


36. Erykah Badu – New Amerykah Part Two: Return Of The Ankh

37. Manic Street Preachers – Postcards From A Young Man

38. Klaxons – Surfing the Void

39. Harvey Milk – A Small Turn Of Human Kindness

40. Shearwater – The Golden Archipelago


41. M.I.A. – Maya

42. Vampire Weekend – Contra

43. Kings of Leon – Come Around Sundown

44. MGMT – Congratulations

45. Swedish House Mafia – Until One


46. Antony and the Johnsons – Thank You For Your Love EP

47. Santana – Guitar Heaven: The Greatest Guitar Classics Of All Time

48. Holy Fuck – Latin

49. Trash Talk – Eyes & Nines

50. Delphic – Acolyte



20 najlepszych kompozycji 2010 roku

Strasznie trudno wybrać listę najlepszych kompozycji, więc ograniczę się tylko do dwudziestu utworów, biorąc pod uwagę tylko po jednym utworze danego artysty, jednocześnie zastrzegając, że mogłem jakiś bardzo znaczący utwór pominąć.


Za niesamowite walory muzyczne i tekstowe.


Za zbliżenie się do poziomu All My Friends, co wiąże się z świetną muzyką i poruszającym tekstem.


Za przerażająco genialną muzykę i klimat.


Za stworzenie czegoś tak pokręconego, dziwnego i niezapomnianego zarazem oraz za świetne wykorzystanie talentu Mos Defa.


5. Arcade Fire – Rococo

Za muzykę, tekst, klimat, za wszystko.


Za epickość, złożoność i pokręconą opowieść.


Joanna w nowej odsłonie, nic dodać, nic ująć.


Za pokazanie, że dobry hip-hopowy utwór nie musi być pustym nawijaniem do prostego bitu, za stworzenie standardu.


Za udowodnienie, że ktoś poniżej 18 roku życia może nagrać świetną kompozycję.


Za to, że prosty, housowy utwór jest w stanie poruszać potęgą brzmienia i rytmu.


11. Antony The Johnsons – Swanlights

12. Robyn – Dancing On My Own

13. Hot Chip – One Life Stand

14. Jónsi – Koln?iur

15. Klaxons – Echoes

16. The Dead Weather – Blue Blood Blues

17. Groove Armada – Just for Tonight

18. Gil Scott Heron – On Coming From A Broken Home (Pt. 1) & (Pt. 2)

19. Swans – Jim

20. The Black Eyed Peas – The Time (The Dirty Bit)



10 najlepszych koncertów 2010 roku

To był naprawdę dobry rok pod względem koncertów, udało mi być na kilku festiwalach, pierwszy raz w życiu byłem na zagranicznych koncertach. Do Polski udało się sprowadzić wiele ogromnych gwiazd. Festiwale jak zwykle nie zawiodły zapewniając bardzo przyzwoite składy. W klubach również odbyło się parę znaczących koncertów. Oby następne lata były podobne do 2010.


1. Gorillaz @ Velodrom, Berlin, 21.11

2. AC/DC @ Lotnisko Bemowo, Warszawa, 27.05

3. Rage Against the Machine @ Finsbury Park, Londyn, 6.06

4. The National @ Teatr Rozrywki, Chorzów, 13.11

5. Orchestra of the 18th Century @ Filharmonia, Kraków, 25.02

6. The Flaming Lips @ OFF Festival, 8.08

7. Muse @ Coke Live Music Festival, 21.08

8. The Dead Weather @ Open’er Festival, 4.07

9. Jónsi @ Sacrum Profanum Festival, 17.11

10. Faithless @ Selector Festival, 5.06 & Calexico @ Jazz Club Hipnoza, 18.11


Do stron wszystkich koncertów zapraszam poprzez zakładkę Events/Wydarzenia na moim profilu.



2010 był oczywiście rokiem Chopinowskim, w całym kraju odbyło się wiele imprez poświęconych temu kompozytorowi za co z całego serca dziękuję wszystkim organizatorom. Chopin był genialnym kompozytorem, polecam serdecznie każdemu jego nokturny, sonaty bądź koncerty fortepianowe. W każdym z jego utworów słychać prawdziwy geniusz na niespotykaną skalę, zarówno pod względem kompozytorskim jak i emocjonalnym. Naprawdę warto porzucić na chwilę swoje uprzedzenia względem muzyki poważnej i oddać się jej pięknu, warto.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s